niedziela, 15 stycznia 2017

Bardzo użyteczna literatura środka. "Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk

Ależ ja tę książkę obwąchiwałam. Jakie walce i kujawiaki odprawiałam, żeby ją kupić i nie kupić jednocześnie. Argumentów za kupieniem było kilka: bo polecał Filip Springer (a jemu, w przeciwieństwie do Marcina Mellera – patrz: casus „Shantaram” i „Ósmego życia”, w kwestiach literackich akurat ufam); bo to o niełatwych początkach macierzyństwa[1] (ja również takie miałam); bo w końcu (a kupiłam książkę dzień wcześniej wiedziona chyba instynktem szeptuchy) autorka otrzymała Paszport Polityki. Za nie kupieniem książki natomiast przemawiała jedna i najważniejsza rzecz, która zawiera się w pierwszym i drugim zbiorze: własne, niedobre (eufemizm) doświadczenie związane z porodem i dość stresujący matczyny nowicjat.

Z bohaterką Fiedorczuk (która jednak Fiedorczuk nie jest, jak w zakończeniu książki wyjaśnia autorka – i to końcowe tłumaczenie jest akurat słabym punktem książki) utożsamiam się niczym z bliźniaczą siostrą. Podobne doświadczenie porodu, podobne doświadczenia związane z pierwszymi miesiącami życia dziecka i te także związane z poporodową cielesnością oraz brakiem jej akceptacji. Z wiecznym narzekactwem, łzami i złością (i to wieczne odtwarzanie na YouTubie utworu: Florence + the Machine „Dog Days Are Over” –  to akurat tylko ja, nie bohaterka). Jakbym ja tę książkę sama niemal napisała. Ale dość autokreacji i ekshibicjonizmu, bo nie o mnie (naprawdę?!) tutaj chodzi, ale o książkę. Ważną książkę, choć literaturę średnią, ciut niedopracowaną.

„Jak pokochać centra handlowe” to przede wszystkim opowieść o macierzyństwie. Trudnym, nieokiełznanym, macierzyństwie non-fiction. O rodzicielstwie współczesnym, które wpadło w imadło „wypada/nie wypada”. Bo bycie mamą to dziś albo bycie mamą fit, która harmonijnie łączy obowiązki matki i pracownika miesiąca, wieczorami podczytując książki Juula. Albo też bycie mamą w duchu slow life - totalnie oddaną macierzyństwu – wliczając w to posiłki wege i wyprawy za miasto do zaprzyjaźnionego rolnika po bio warzywa. Narzekactwo, frytki z fast fooda, kreskówki o wątpliwej moralności, stosy prania, nieporządek i chaos organizacyjny są obrazoburcze. Dlatego kłamiemy. Kłamiemy na potęgę. Sobie, rodzinie, przyjaciołom, znajomym z Facebooka. Że dajemy radę. Że jest tylko bosko (dobrze to przedstawiła autorka używając przykładu retuszowania i kadrowania rodzinnych zdjęć). Bo inaczej nie można, nie wypada mówić o porażkach. Oceny bowiem płyną zewsząd, a te najbardziej radykalne od innych młodych matek („Nie karmisz piersią? – twoje dziecko będzie miało spore deficyty”, „Nosiłaś na rękach – to teraz masz za swoje, bo się przyzwyczaiło”. Itd., itd.). I tu zdecydowanie książka Fiedorczuk jest czystą prawdą wydartą z trzewi każdej, podkreślam każdej, polskiej matki.

Książka ta, tak jak napisałam wcześniej, nie jest książką, która literacko, czy też językowo oszołamia (zdarza się, że autorka pisze o oczywistościach, z rzadka banalnie, częściej jednak błyskotliwie). Jednak jest to bardzo użyteczna literatura środka. „Jak pokochać centra handlowe” to opowieść, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu (jakby jeszcze było mi mało), że istnieje świat macierzyńskiej czerni, i że mówienie o niej w sposób otwarty, pomogłoby wielu kobietom uporać się z trudnym początkami macierzyństwa. Jej lekturę polecam także, a może nawet szczególnie, ojcom.

PS

Pamiętam jak zaraz po urodzeniu Synka wybraliśmy się z mężem na rodzinną, dość sporych rozmiarów imprezę. Jeden z moich licznych wujków zapytał jak się ma nasz Synek. Powiedziałam, że bardzo dobrze, że mało płacze i dużo śpi. Na co ciotka, która zaborczo obejmowała ramię wujka powiedziała z pretensją w głosie: „Nie karmisz, to na sztucznym będzie spał i całą noc”. Kurtyna.






[1] Swoją droga, czy ktoś potrafi mi wyjaśnić jak te wszystkie mamy z Instagrama typu: #mamaantosia, czy #mamamarysi utrzymują w ryzach jednocześnie swoje ciało, dziecko i dom?

niedziela, 8 stycznia 2017

Anatomia kłamstwa. „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz

[źródło]
Prawie każdy słyszał o sprawie Przemyka. Morderstwo maturzysty (obok śmierci Pyjasa, Popiełuszki, czy pacyfikacji kopalni Wujek), to jedna z najgłośniejszych zbrodni, która wstrząsnęła opinią publiczną PRL-u i w przypadku której, trudno mówić o szczęśliwy zakończeniu tj. uczciwym procesie i ukaraniu winnych. Cezary Łazarewicz, mimo wydawać by się mogło zgrania tematu, podjął mozolną próbę przedstawienia okoliczności śmierci Przemyka i opisu procesu sądowego, który miał niewiele wspólnego uczciwością. I zrobił to w sposób bardzo udany. „Żeby nie było śladów” czyta się na jednym hauście powietrza. Reportaż od początku trzyma w napięciu jak najlepszy thriller – mimo że fabuła jest już znana – i nie puszcza do końca. Książka Łazarewicza to mistrzowski mariaż literatury faktu i pisarskiego fechtunku.

„Żeby nie było śladów” można śmiało nazwać wiwisekcją całego ustroju. Dziś Polska lat 80. to zbiór przaśnych opowieści o trudnościach w zdobyciu wódki i wspomnień z uzdrowiskowych dancingów. Łazarewicz nie pozostawia złudzeń. Władza tamtego okresu: Kiszczak, Jaruzelski, czy też Urban to byli świadomi i bezwzględni gracze, którzy nie znali słowa przypadek. Śmierć Przemyka, czyli zakatowanie go przez milicjantów, a potem proces był pod ścisłą kontrolą rządzących i Służby Bezpieczeństwa. Nic nie mogło zostać przeoczone. Nieustanne śledzie i nękanie matki chłopaka Barbary Sadowskiej, przyjaciół rodziny i świadków; tworzenie alternatywnych wersji wydarzeń; mylenie tropów; agresywna propaganda w mediach; poświęcanie życia osób trzecich (np. pracowników pogotowia) – wszystko po to, aby zaciemnić obraz, aby udowodnić, że wersja zdarzeń ukuta przez władzę jest tą jedyną i słuszną. Każdy trybik w tej maszynie musiał być sprawdzony i działać bez zarzutów. Do tego stopnia, że do teraz pokutują nieprawdziwe przekonania m.in. o obronie koniecznej milicjantów a władze III RP, koniec końców, poniosły porażkę, gdyż nigdy nie udało się osądzić winnych.

Książka Łazarewicza to skrupulatne, uporządkowane świadectwo śmierci Przemyka i tego wszystkiego, co działo się potem. Pokazuje klaustrofobiczną atmosferę lat 80. i skupia się przede wszystkim na faktach. Autor dociera do żyjących jeszcze świadków i pokazuje sprawę z różnych perspektyw i poziomów. Jest to w końcu reportaż cholernie pesymistyczny, który wiele mówi o polskiej historii i nieudolnym rozliczaniu się z przeszłością. Warto znać. A nawet trzeba.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Wszystko o wojnie. "Depesze" Michael Herr

Wojna. Michael Herr pisze o niej tak, że lektura „Depesz” wywraca trzewia, morduje duszę, zatrzymuje serce i pozostawia na dłuższym bezdechu. Książka amerykańskiego korespondenta, która na szczęście, choć z dużym opóźnieniem ukazała się w końcu w Polsce (zresztą w świetnym tłumaczeniu Krzysztofa Majera), to zupełny/totalny obraz wojny. Nawet nie tej konkretnej wietnamskiej, ale wojny jako zjawiska. Dlatego próba jej zrecenzowania, i tym samym okiełznania, mija się z celem. Każda opinia o „Depeszach” będzie marnym naddatkiem sensów i znaczeń. Będzie tylko niemrawą i niekompletną próbą przedstawienia tego, co książka zawiera. A zawiera wszystko, totalny mikro i makrokosmos konfliktu, a precyzyjniej: kondycję człowieka frontowego uwikłanego w obowiązkową służbę ze wszystkimi jej konsekwencjami, jak: śmierć, strach, stratę. Człowieka, który oblepiony został pajęczyną wątpliwej moralności i chwiejnej wiary w sens wojennych działań, bycia w konkretnym miejscu i czasie. I chodzi tu oczywiście o żołnierzy, ale także o postać i rolę korespondenta wojennego:

Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko. Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem - dopiero wojna mnie tego nauczyła - że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to co robisz.

Herr odczarowuje wojnę. Pisze o śmierci (śmierci i stracie przede wszystkim) w sposób klarowny, bezkompromisowy, dosadny. Pisze wybitnie i refleksyjnie. Autorska świadomość języka i literackiego rzemiosła zachwycają.

Kiedy już minęło dość czasu, a pamięć się uleżała, osiadła, sama nazwa przedzierzgnęła się w modlitwę, w której, jak to w modlitwie, przekraczało się granice błagania i wdzięczności: Wietnam Wietnam Wietnam, powtarzaj to tak długo, aż wyparują resztki cierpienia, przyjemności, grozy, winy, nostalgii. Wszyscy chcieli tam po prostu przeżyć, to był kryzys egzystencjalny, w okopach naprawdę nie ma ateistów.

***

Podobno Donald Trump nie przeczytał żadnej książki! (tak przynajmniej twierdzi Elizabeth Strout). Do lektury „Depesz” zmusiłabym go przemocą [sic!]. Innych polityków także! „Depesze” to lektura obowiązkowa. Każdy, ale to każdy powinien się z nią zapoznać. Książka memento. Jak wielka, niegojąca, jątrząca się rana.


Chłopak od pół roku nie czuł właściwie niczego prócz zmęczenia i strachu, niejedno już stracił (przede wszystkim kumpli), wiedział już o wiele za dużo, a jednak ciągle robił wdech, wydech, i już to samo w sobie było jakimś wyborem. […] Życie zrobiło z niego starca i jako starzec miał dożyć swoich dni.

***

niedziela, 1 stycznia 2017

WYNIKI KONKURSU 7/7

Szanowni Państwo, bardzo dziękuję za tak liczny udział w konkursie i za mnóstwo wspaniałych życzeń! <3
Blisko 200 zgłoszeń bardzo miło mnie zaskoczyło i ugruntowało wiarę w polskie czytelnictwo! <3 Żałuję, że mogę wybrać tylko jedną osobę, gdyż lektura Państwa odpowiedzi była niezwykle przyjemnym doświadczeniem, ale też pomocą w wyborze lektur na rok 2017.
Jednak zwycięzca (w tym przypadku zwyciężczyni) może być tylko jeden a jest nią Pani Agnieszka Krzysztoń.

Serdecznie gratuluję :)

piątek, 30 grudnia 2016

Konkurs urodzinowy 7/7


Szanowni Państwo, jakże miło obchodzić 7. urodziny swojego bloga! (Kto by pomyślał, że to już 7 lat?! Czuję się nad wyraz dojrzale ;) ). Dziękuję za ten wspaniały, wspólny czas rozlicznych peregrynacji literackich.

A jak przystało na porządną urodzinową imprezę muszą być i prezenty. Zapraszam zatem do udziału w konkursie w którym do wygrania jest aż 7 dowolnie wybranych przez siebie książek z Wydawnictwa Czwarta Strona i Wydawnictwa Poznańskiego. Mają więc Państwo okazję zdobyć dobry reportaż, kilka książek Remigiusza Mroza albo przeczytać "Syna" Meyera. Żeby wziąć udział w konkursie wystarczy zgłosić się w komentarzu (dowolnie: Facebook, blog) i w kilku słowach zaprezentować, według Państwa oczywiście, najlepszą książkę roku 2016. Konkurs trwa do 31 grudnia 2016 r. do godziny 23.59. Wyniki ogłoszę najpóźniej do 2 stycznia 2017 r.  


Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i powodzenia :)

czwartek, 29 grudnia 2016

Podsumowanie 2016

Ponieważ mam urlop i nadmiar wolnego czasu (szok miesza się z niedowierzaniem, dlatego: splunąć, splunąć przez prawe/lewe ramię, okadzić szałwią, odpukać w niemalowane) postanowiłam, wbrew corocznej tradycji (podsumowanie było zawsze 30.12 z wpisem urodzinowym), że dziś przedstawię zestawienie najlepszych książek 2016 roku. Lista, jak to list wiele, wybitnie subiektywna, ale być może kogoś zainspiruje.

A jutro proszę wypatrywać konkursu, gdyż będzie szansa zgarnąć aż 7 książek na (już!) 7. urodziny bloga! :)

***

Podsumowanie  roku 2016 (kolejność nieprzypadkowa), czyli 3 do 2 dla non-fiction.

1. "Małe życie" Hanaya Yanagihara
Pierwsze miejsce bezkonkurencyjne (a jednak fikcja!). Wyimek z recenzji: Lektura „Małego życia”, trawestując słowa Hrabala, jest jak uderzenie w pysk. Trudno pozbierać się po takim nokaucie. Jedno jest pewne – dawno żadna książka mnie tak nie rozłożyła na łopatki. Dawno żadna.

(…) bo nareszcie, nareszcie, otrzymał zdolność wiary w rodzicielską opiekę, wiary w to, że dla kogoś jest wyjątkowy pomimo swoich błędów i wad, z powodu swoich błędów i wad.

2. "Depesze" Michael Herr
Arcydzieło reportażu. Czyste, faktograficzne mięso bez literackich niuansów i upiększeń. Wyjątkowa, mocna rzecz. Lektura obowiązkowa (a do tego pięknie wydana).

Dopiero wojna mnie tego nauczyła - że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to co robisz.

3. "Jeden z nas. Opowieść z Norwegii" Åsne Seierstad
Książka wydana w 2015, ale ja dopiero w tym roku po nią sięgnęłam. Przez "Jednego z nas" zarwałam dwie noce. To jest genialna książka i każdy, ale to każdy powinien ją przeczytać - szczególnie w dobie coraz bardziej popularnych idei nacjonalistycznych. A fragment, który zapamiętam chyba na zawsze to ten, kiedy ojciec zamordowanego chłopca mówi, że poniósł porażkę wychowawczą, gdyż uczył syna, że zawsze trzeba pomagać słabszym - chłopak zginął, gdyż zamiast uciekać przed mordercą, pomagał schronić się młodszym uczestnikom obozu...
Przeczytajcie. Bo trzeba. Bo arcydzielne.

4. "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni
Reportaż Katarzyny Boni to tekst kompletny. Wyważona formuła, opowieść skrojona na miarę, językowe mistrzostwo minimalizmu i precyzji. Jest wypadkową najlepszej tradycji polskiego reportażu. Jeśli więc, ten tytuł nie zostanie (przynajmniej!) nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, to niech mnie kule biją! Bo to rzecz, którą należy znać, a nazwisko autorki skrzętnie zanotować w kajecie.

Czas wcale nie leczy ran. Sam w sobie nie ma właściwości uzdrawiających. Jedyne, co potrafi, to mijać. To od nas zależy, jak go wykorzystamy.

5. "Syn" Philipp Meyer
Książka, która ukazała się pod moją opieką redakcyjną, więc pal licho! z moim obiektywizmem, ale rzecz świetna. Wielka, epicka amerykańska powieść, która pobudza do dalszych eksploracji literackich. Np. do lektury książki "Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu".

***
Reasumując. To był pomyślny rok dla literatury! Mam nadzieję, że 2017 będzie równie udany. Choć dla mnie będzie to zdecydowanie rok reportażu i literatury faktu, bo od lutego zaczynam Polską Szkołę Reportażu. :) - też nowość! ;)

wtorek, 27 grudnia 2016

Masochizm czytelniczy, czyli ratuj się kto żyw! Joanna Bator „Rok królika”

Urodziła się bez historii, a urodzić się bez historii oznacza życie bez duszy  - pisze o swojej najważniejszej bohaterce, Julii Mrok, wszędobylski narrator najnowszej powieści Bator. Roboczo, a być może w kwestiach porządkowych i jednak w sensie nadrzędnym, nazwijmy to zdanie, zdaniem wytrychem. „Rok królika” to bowiem opowieść, która na skutek zabawy z literackim kiczem, igraszkami z powieścią grozy i groteską, domestic noir, flirtem z non-fiction, romansem z literaturą romansową, nawiązaniami do prozy Stevensona, Carrolla, Murakamiego (a jakże!)  w końcu sama w kicz się przeistoczyła. Z przykrością i z wielki, nieutulonym, histerycznym wręcz żalem zmuszona jestem napisać, że najnowsza książka Joanny Bator to najpotężniejsze literackie rozczarowanie roku 2016.

 „Rok królika” to opowieść o życiu i dziele Julii Mrok. Julia, to autorka poczytnych romansów historycznych, która mimo uregulowanego i stabilnego życia u boku oddanych kochanków postanawia, zmieniając przy tym tożsamość, odbyć podróż do Ząbkowic Śląskich. Już jako Anna Karr, zatrzymuje się w „Spa pod Królikiem” (który to okaże się przybytkiem zgoła odmiennej natury niż bohaterka zakładała na początku) i wyrusza na poszukiwanie swojej lepszej, siostrzanej połowy – Sandry Jasnej. Ponadto Julia/Anna to wiecznie niezaspokojona erotyczna fetyszystka i spragniona opowieści pisarka, którą w równej mierze podnieca niebanalna historia, jak i umięśnione męskie ciało (a najlepiej zaś, gdy te obie rzeczy idą w parze). I to mnie więcej tyle w kontekście fabuły.

Myślę, że śmiało (i bez straty dla obu stron) można porównać najnowszą powieść Bator do słabej, przesłodzonej, letniej herbaty. Zbyt dużo zabawy konwencją (oprócz flirtu międzygatunkowego m.in. jest i próba nawiązania do powieści szkatułkowej), zbyt mało esencji literackiej, a za dużo zdań podkradzionych Paulo Coelho (nie wiem, jak ma się on do herbaty, ale niech już będzie!). Nie wspominając o fabularnej nicości, pustce i rozpaczy.[1]

W materiałach promocyjnych i na okładce "Roku królika" wydawca mocno podkreśla, że to pierwsza powieść po uhonorowanej Nagrodą Nike 2013 „Ciemno, prawie noc”. Jakoby z czytelniczej pamięci chciał wymazać niesławny  i  cierpko przyjęty reportaż/eksperyment literacki „Wyspę łzę”. Sama autorka zresztą deklaruje (Tygodnik Powszechny 50/2016), że jej poprzednia książka była wprawką w "Rok królika". Wiele jest punktów stycznych potwierdza tę deklarację: poszukiwanie bliźniaczej duszy, wariacje na temat doppelgänger, rozważania nad zmianą tożsamości etc. W końcu – równie kiepska jakość tekstu. 

„Rok królika” to najsłabsza rzecz jaka wyszła spod pióra autorki. Poetycka wydmuszka, pozbawiona „zahaczek”, przerośnięta formą i słabowita treścią powieść, którą lepiej omijać szerokim łukiem. Lub sporymi (prze)skokami (kicnięciami?!).


[1] Gdyby nie mój czytelniczy masochizm, imperatyw, który każdą rozpoczętą książkę każe mi dokończyć, to moja przygoda z „Rokiem królika” skończyłaby się po 50 stronach!