środa, 24 sierpnia 2016

Stygmat koloru. "Czarny jak ja" John Howard Griffin

[źródło]
Amerykańskie Południe, rok 1959. John Howarda Griffin, biały Teksańczyk, postanawia wcielić się w rolę czarnoskórego mieszkańca regionu. Ten szanowany wśród „swoich” dziennikarz, muzyk, fotograf, działacz społeczny oraz bohater wojenny, decyduje, że jego metamorfoza będzie totalna. Goli więc głowę, przyjmuje środki wspomagające czernienie skóry, korzysta z lamp UV oraz farb i na kilka tygodni staje się czarnoskórym obywatelem Południa (zanim przyjęto sformułowanie „Afroamerykanin”, mówiono „Murzyn” – także tego określenia używa autor reportażu). I słyszy od białego mężczyzny:

Powiem ci, jak tu jest. Możemy z wami handlować. Rżniemy wasze kobiety. Ale poza tym może was nie być. Im prędzej to sobie wbijecie do głowy, tym lepiej dla was.

Griffin, korzystając z jednej z najbardziej widowiskowej, ale też najskuteczniejszej metody dziennikarskiej - reportażu wcieleniowego (zobacz także: „Z nowego wspaniałego świata” G. Wallraff), postanowił rozprawić się z mitem „amerykańskiej tolerancji i wolności”. W możliwy sobie sposób chciał też wpłynąć na poprawę losu czarnoskórych współobywateli. Jego działanie było swoistym aktem desperacji, ale też odwagi. I świadectwo tego, jak daleko można posunąć się w nienawiści i pogardzie do drugiego człowieka, uwzględniając jego kolor skóry.

Ludzie osądzali mnie, nie kierując się żadną inną cechą. Miałem ciemną skórę i to był wystarczający powód, by odmówiono mi praw i swobód, bez których życie człowieka traci głębsze znaczenie i sprowadza się w zasadzie do biologicznego przetrwania.

A jaką Amerykę, odkrył [sic!] Griffin w przebraniu? Silnie podzieloną (i to zarówno mentalnie, jak i prawnie – np. casus miejsc „tylko dla białych”), arogancką i hermetyczną, gdzie pojęcie równości było czystym abstraktem. W swojej nowej skórze często spotykał się z aktami nienawiści, dyskryminacji, wręcz przemocy. Nie wiele łatwiej było mu, gdy opublikował swój dziennik z czasu przemiany i trafił na czołówki gazet. Szykanowany przez (nie tylko zresztą) środowiska konserwatywne, często spotykał się z określeniem: „zdrady swoich”. Jednakże jego „czarna” podróż po Luizjanie, Missisipi, Alabamie i Georgii wywołała lawinę dyskusji o amerykańskiej tolerancji i stała się ważnym przyczynkiem do działań na rzecz równości.

Byłem tym samym człowiekiem, niezależnie od koloru skóry. Ale kiedy stawałem się białym, otrzymywałem braterskie uśmiechy i przywileje od białych, a nienawistne spojrzenia i niechęć czarnych. Kiedy zaś byłem Murzynem, biali patrzyli na mnie, jakbym był śmieciem, podczas gdy czarni traktowali mnie z wielką życzliwością.

„Czarny jak ja” to reportaż na wyraz uniwersalny. Autor, dość oszczędny w emocjach i do bólu rzeczowy, stara się krytycznie spojrzeć na społeczeństwo amerykańskie drugiej połowy XX wieku. Jego zdroworozsądkowe myślenie mogłoby być doskonałą pożywką dla współczesnych czytelników, gdyby jednak nie wziąć pod uwagę wszystkiego, co dziej się wokół nas (mam tu na myśli także rodzimą, zatrważającą politykę unifikacyjną). I dlatego trzymam mocno kciuki za to, żeby tekst „Czarny jak ja” czytało się tylko w kontekście klasyki reportażu, tudzież dokumentu historycznego.

***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"


niedziela, 21 sierpnia 2016

„Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku” Adam Hochschild

[źródło]
Adam Hochschild, który Południową Afrykę systematycznie od lat 60. odwiedza i eksploruje, napisał wnikliwy reportaż o historii tego nad wyraz niezwykłego, ale też niespokojnego kraju. I choć swoją opowieść zaczyna od wzmianek – o plemiennej przeszłości regionu, zahacza o kolonizację, o wojny burskie i prezydenturę Nelsona Mandeli - to jednak klamrą jego opowieści są dwa zdarzenia: bitwa nad Krwawą Rzeką 1838 r. oraz jej 150. rocznica zorganizowana przez konkurujące ze sobą ugrupowania Afrykanerów. Przez pryzmat tych dwóch, bardzo istotnych punktów w historii kraju, autor buduje obraz Republiki Południowej Afryki, skupiając się (precyzyjniej: starając się skupić) w dużej mierze na narracji przynależnej rdzennym mieszkańców regionu. Co jest oczywiście zadaniem dość karkołomnym, gdyż dominującymi źródłami wiedzy są te, które zostawił po sobie kolonizator. „Lustro północy” jest zatem dość ambitną, ale i udaną próbą charakterystyki kraju, który, także przez wzgląd na swoje położenie i zasoby naturalne, był i nadal jest areną nieustanych walk o wpływy i władzę.

Hochschild, znany zresztą polskiemu czytelnikowi z dwóch, bardzo dobrych wydawnictw: „Duch króla Leopolda” oraz „Pogrzebać kajdany”, bardzo wnikliwie i globalnie stara się spojrzeć na historię RPA. Scharakteryzować i ująć w ramy miejsce, które przez lata było bestialsko i nad wyraz brutalnie eksploatowane przez Brytyjczyków, Burów i kto tam się jeszcze nawinął (na marginesie: w ostatnich latach także przez „swoich” – elitarną grupę, która niekoniecznie myśli o wszystkich mieszkańcach, ale raczej skupiona jest na własnych interesach). Ale wracając jeszcze do rzeczonych punktów wyjścia: wspomniana wcześniej bitwa z 1838 roku jest dla niego zalążkiem wszystkiego, clou przeszłości RPA. Zdarzeniem, które zapoczątkowało niszczącą ekspansję białych:  

Starcie nad Krwawą Rzeką było dla południa Afryki przełomową bitwą w historii XIX wieku. Miała znaczenie symboliczne. Nie złamała siły militarnej Zulusów, ale ponad wszelką wątpliwość dowiodła, że niewielka liczba ludzi dysponujących bronią palną, nawet jeśli nie broni się w kamiennym forcie, może pokonać o wiele większą liczbę uzbrojonych w dzidy. Wieść o bitwie szeroko się rozeszła, a konsekwencją wysnutych z niej wniosków były wydarzenia następnego półwiecza: kontynuacja Wielkiego Treku, brytyjski podbój Rodezji, ekspansja portugalskich kolonistów z nadbrzeżnych faktorii w głąb lądu, brutalne zawładniecie Kong przez Belgów.

To zdarzenie, które stało się kluczem do podboju tej części Afryki, poniosło za sobą wiele konsekwencji, których skutki były i są widoczne po dziś dzień. Choćby wymienić: apartheid, który zdominował prawie cały XX wiek i represje względem czarnych działaczy, którzy walczyli ze zniesieniem niesprawiedliwego systemu, postać i działalność m.in. Terre'Blanche, Afrykanerzy i ich konserwatyzm, wyzysk czarnych robotników etc. – wyliczać, zdaje się, można bez końca. Autor finiszując swoją książkę skupia się jednak na elementach pozytywnych i na ewolucji politycznej regionu: na postaci Neslona Mandeli i Frederiku Willemie de Klerku, na rewolucji jaka dokonała się w RPA po roku 1994. Na zmianach, których symbolem jest przemianowanie burskiego święta upamiętniającego Wielki Trek – Święto Ślubowania - na ogólnokrajowe Święto Pojednania. Jednak, o czym autor zdaje się doskonale pamiętać, nie wszystko dziś jest tak idealne jak mogłoby się wydawać: […] W Południowej Afryce Trzeci i Pierwszy Świat są wszędzie w odległości kilkuminutowego spaceru. [Świetnie to zresztą przedstawia Wojciech Jagielski w dwóch swoich książkach „Wypalanie traw” i „Trębacz z Tembisy”].

Za tytuł książki posłużył autorowi fragment wiersza Breytenna Breytenbacha: Gdy patrzysz na Południową Afrykę, to tak, jakbyś spoglądał/W lustro o północy […] Przerażająca twarz, ale twoja. I ten wyimek jest na tyle klarowny, że nie trzeba go w żaden sposób tłumaczyć.

Książka amerykańskiego autora to dzieło zwarte i wyczerpujące. Mówiące w sposób skondensowany o burzliwej historii RPA, która to historia jest punktem wyjścia do rozważań o Afryce w ogóle. Wydawnictwo warte lektury i poznania.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarne




niedziela, 7 sierpnia 2016

Radość czytania, czyli na marginesie lektury „Książki o czytaniu” Justyny Sobolewskiej.

W tym poście nie będzie statystyk. Nie znajdziecie też w nim twardych informacji o tym, dlaczego warto czytać (rozwój, wiedza etc.), gdyż są to sprawy bezmiar oczywiste. Ten wpis będzie za to o mojej radości z życia z książkami i życia w książkach. Do wpisu zainspirowała mnie nieoceniona w zasługach dla literatury Justyna Sobolewska, która wznowiła niedawno (nakładem Wydawnictwa Iskry) swoją świetną „Książkę o czytaniu”. Publikację będącą właśnie hołdem lennym, hosanną, peanem na cześć i chwałę życia z książkami. A czy może być dla czytelnika coś przyjemniejszego niż lektura książki o książkach? (chciałam porównać to do czytania przez np. amatora pączków książki o wypieku pączków, ale jednak zdecydowanie lepiej pączka zjeść niż czytać o różnych rodzajach posypki i lukru). Ktoś nie w ciemię bity zaraz rzutko odpowie: tak! Może być coś ciekawszego! Lektura arcydzieł, lektura powieści przy których kręgosłup tężeje (za Nabokovem: Mądry czytelnik czyta książkę geniusza nie sercem, nie mózgiem nawet, ale kręgosłupem) i pewnie rację też będzie miał ten wyimaginowany sceptyk. Lecz lektura książek o książkach, to rzecz nad wyraz przyjemna i pokrzepiająca dla alfabetycznego heroinisty. Gdyż „Książka o czytaniu” jest doskonałym dowodem na to, że po świecie błąkają się bratnie dusze, dla których czytanie również jest sensem i paradygmatem egzystencji. Bo kto lepiej zrozumie czytelnika absolutnego niż drugi czytelnik absolutny? Kto wie z jakim ryzykiem wiąże się czytanie po szkolną ławką, pod kołdrą, w wannie, w tramwaju, w toalecie… - ten zrozumie. Wyjątkowe porozumienie, a co za tym idzie: wielogodzinne dyskusje nad problematyką zagiętych rogów, porządku na regałach, okładek w kontekście treść… - jakże Sobolewska o tym pięknie rozprawia. Podążając śladami i wraz z m.in. Jorge Borgesem, Anne Fadiman, Jackiem Dehnelem, Umberto Eco, Italo Clavino, Janem Gondowiczem uprawia wspaniałą, zaraźliwą i euforyczną (przynajmniej dla mnie) pochwałę czytania.

Książka Sobolewskiej jest moją biografią. Zawłaszczam książki, żyję nimi i z nich. Piszę po nich, zaginam całe strony, pożyczam, ustawiam w chybotliwe stosy i stosiska. Zakładam jedną drugą. Książki piętrzą się w moim domu w niemal każdym pomieszczeniu. Kurzą się i mimochodem zdobywają nowe przestrzenie i pomieszczenia. Próbowałam nad tym zapanować. Chybiona moja wiara w powodzenie. Egzemplarze recenzenckie, te zakupione własnym sumptem oraz egzemplarze z macierzystego wydawnictwa - rozprzestrzeniają się niczym dobra nowina. Podobno zawsze tak miałam. Legendarny jest już mój pierwszy stos, który wyrósł przy moim dziecięcym łóżeczku - najpierw eksplorowany z mamą, potem już samodzielnie (Plastusiu, jakże ja tęsknię!). I sielskie, mityczne już wakacje u babci, gdzie biblioteka była po drugiej stronie łąki/zaniedbanego boiska i do której to biegałam nawet kilka razy dziennie (I te emocje kiedy Gilbert w końcu poprosił Anię o rękę! I Siesicka jeszcze. Jeszcze ona!). Zawsze książki. Przystań i podpora – szczególnie w okresie dojrzewania jako forma, nie ma co ukrywać, eskapizmu. I dorosłe życie, życie zawodowe – praca najpierw  bibliotece, teraz w wydawnictwie. Ponadto, jestem, muszę przyznać z ciężkim sercem, trochę nazistą czytelinczym: nie ufam ludziom, którzy w domu nie mają książek. Nie rozumiem też, jak dobrowolnie można odciąć się od przyjemności jaką niesie za sobą lektura. Ale za to jestem egalitarna: nie ważne, co. Ważne, że się czyta. Wierzę, że każdy w swojej biografii czytelniczej dojrzewa z czasem do bardziej wymagających opowieści (jestem idealistką?). Kolekcjonuję słowa. Ufam, podobnie jak Kapuściński, że literatura może zmienić świat. A przynajmniej go tłumaczy. Nie jestem impulsywnym czytelnikiem. Ze względu na ograniczenia czasowe staram się dość świadomie podchodzić do wyboru lektury. A poza tym: innej drogi niż droga czytelnicza nie znam i nie mogę/nie chcę sobie wyobrazić:

[…] literatura nie jest od dostarczania dowodów na istnienie ładu świata. Od tego jest nauka. Literatura wydobywa z ludzkiego istnienia sprzeczności, komplikację, bycie „za, a nawet przeciw” równocześnie. Udowadnia, że można – jak autor – wierzyć w utopię i twardo stać na ziemi; być emocjonalnym prawicowcem i racjonalnym lewicującym progresistą.
 „Dobrze się myśli literaturą” Ryszard Koziołek 

Tę wiarę w literaturę staram się przekazywać synkowi. Na razie idzie nam bardzo dobrze. Przecież czytanie ma we krwi ;)


Zbliża się urlop. Za plecami Sobolewskiej dumnie prężą się tytuły, które wybrałam sobie na ten czas swawoli.
Czytajcie a będziecie szczęśliwi. Jestem na do doskonałym, nieustępliwym i żyjącym dowodem :)

niedziela, 24 lipca 2016

Patchworkowa recenzja intymna. „Małe życie” Hanya Yanagihara

Gdy cztery lata temu leżałam na sali poporodowej krótko po narodzinach mojego synka, będąc jednocześnie w stanie ekscytacji i przerażenia, w pokoju razem ze mną była także inna mama. Kobieta, która urodziła swoją maleńką córeczkę przez cesarskie cięcie, i która leżała w szpitalu położniczym od 2 miesiąca ciąży. Wcześniej stoczyła walkę o życie siedmioletniego synka chorującego na białaczkę, a jeszcze wcześniej straciła córeczkę, która zmarła zaraz po urodzeniu. Przywołuję jej historię, która tak mocno, tak sensualnie wręcz wdrukowała się w moje doświadczenie, ponieważ było to pierwsze wspomnienie, które podsunęła mi podświadomość po lekturze „Małego życia” (choć wspomnień innych, równie bolesnych przywołała znacznie więcej). Niesprawiedliwość – można by rzecz. Ale jak już się rzeknie, to trzeba by wierzyć, że istnieje coś takiego jak sprawiedliwość i/lub bóg. Jakby ktoś zmyślnie obdzielał równo cierpieniem i nieszczęściem/szczęściem. Jakby ból był mierzony na kilogramy. Gówno prawda – nieprawda. Dlatego właśnie historia Jude'a tak mocno mną wstrząsnęła, bo jest tak bardzo możliwa. Bo jest także dojmującym przykładem na to, i jakkolwiek banalnie to zabrzmi, że życie jest dla niektórych trudne i nie do zniesienia. Ale także, że życie (o ironio!)  jest też momentami znośne. Momentami.

Moje życie, pomyśli, moje życie. Więcej pomyśleć nie zdoła i będzie powtarzał te słowa w kółko - trochę kantyczkę, trochę przekleństwo, trochę krzepiący refren - osuwając się w ten inny świat, który odwiedza, gdy włada nim taki ból, świat, który nigdy nie jest daleko od jego własnego, ale którego potem nigdy nie pamięta: Moje życie.

„Małe życie” to historia czwórki przyjaciół: JB (malarz), Malcolma (architekt), Willema (aktor) oraz Jude'a (prawnik). Jude'a, którego życie stanowi kręgosłup opowieści i wokół którego oscylują inni bohaterowi. Całą czwórkę poznajemy w momencie, gdy kończą studia i przenoszą się do Nowego Jorku. Żegnamy się zaś z nimi już jako dorosłymi, ukształtowanymi przez wiek i doświadczenie (postaram się nie spoilerować, choć to trudne). Wszystko zaś to, co dzieje się pomiędzy, jest zapisem (peanem na cześć) przyjaźni, poświęcenia, ale też świadectwem ogromnego cierpienia i traumy. Przekleństwa pamięci, z którą co rusz przegrywa (bo wygrać nie można) Jude i reszta, starająca mu się nieustanie pomóc grupa przyjaciół. Dla czytelnika autorka także nie przewidziała taryfy ulgowej. Dość swawolnie, żeby nie powiedzieć bezwzględnie, żongluje naszymi emocjami. A ascetyczny język tylko pogarsza/uwypukla problem. Jakby pisarka, która szafuje realistycznymi opisami, znalazła bezpośrednie dojście do jądra naszych trzewi. Świat wykreowany przez Yanagiharę to świat, którego się nie zapomina. To świat, który (jednak) uwiera.

Płakałam nad losem Jude'a raz. Już kończyłam książkę, już czułam się w miarę bezpiecznie, gdy nagle pojawiło się to kluczowe zdanie:  

(…) bo nareszcie, nareszcie, otrzymał zdolność wiary w rodzicielską opiekę, wiary w to, że dla kogoś jest wyjątkowy pomimo swoich błędów i wad, z powodu swoich błędów i wad.

Jude potrzebował kilku dekad, żeby odkryć to prostą i zasadniczą prawdę. Ja się jeszcze tego uczę.

Lektura „Małego życia”, trawestując słowa Hrabala, jest jak uderzenie w pysk. Trudno pozbierać się po takim nokaucie. Jedno jest pewne – dawno żadna książka mnie tak nie rozłożyła na łopatki. Dawno żadna.

Kończę tę recenzję odkładając „Małe życie” Yanagihary na specjalną, podręczną półkę, gdzie miejsca jest nie wiele, ale dumnie pysznią się tylko i jak na razie trzy wyjątkowe dla mnie tytuły: „Cesarz” Kapuścińskiego, „Fikcje” Borgesa oraz „Sto lat samotności” Marqueza.

***


niedziela, 17 lipca 2016

"Furia spryciara zewsząd". „Pani Furia” Grażyna Plebanek

[źródło]
Alia, córka Eddy’ego Gawędziarz i Mrówki, urodziła się 26 lipca 1975 roku w Kinszasie. Imię otrzymała po Muhammadzie Ali (Alia […]to ta, która lata jak motyl, a żądli jak pszczoła – zwykł mawiać jej ojciec). Takie imię zobowiązuje. Ale równie dobrze, może być przekleństwem (podobnie jak kolor skóry – zwłaszcza on!), gdy dorasta się w ubogiej belgijskiej dzielnicy. To ojciec sprowadził rodzinę Alii do kraju króla Leopolda II (gdzie już nikogo się nie morduje, ale pogarda i szowinizm nadal mają się świetnie. Rzecz oczywista: Belgia nie jest wyjątkiem!). To on postanowił, wiedziony pokusą łatwiejszego życia, że zmienią afrykańskie „swoje/nasze/znane” na betonową klitkę w jednym z europejskich miast: inne/obce/wrogie. Bo tak miało być lepiej dla wszystkich. Eddy nie przewidział jednak, że straci dar opowieści. Że wyzbędzie się własnej tożsamości i będzie obcym w obcym kraju. Jednym z miliona emigrantów, którego obecność się tylko toleruje. Jednak po kilku latach pobytu Eddy'ego  dopada  marazm i frustracja. Postanawia więc wrócić do matecznika, do tak bezpiecznej i oswojonej ojczyzny. Na pastwę losu i belgijskich urzędników zostawia zaś resztę rodziny. W tym dorastającą Alię, która musi odtąd sama sobie radzić. Wykorzystywana przez matkę do opieki nad młodszym rodzeństwem, wspierana przez upartą i walczącą z upokarzającym systemem ciotkę Issę (Wszystko, co wasze, białych, jest „klasyczne”! Muzyka klasyczna, klasyka literatury. A to, co nasze, jest folklorem), poniewierana przez otoczenie, próbuje, skumulowaną złość nagromadzoną latami, wyładować. Najpierw na treningach bokserskich, potem w szkole policyjnej. Lecz nawet to, okaże się niewystarczające.

„Pani Furia” to opowieść, która ma ambicję być powieścią totalną. Plebanek starała się podjąć kilka (dużych) wątków, chociażby: wieloetniczność Europy, emigranckie wyobcowanie, pamięć o niewolnictwie i kolonizatorstwie, kobiecą solidarność i siłę etc. Niektóre jednak trącą nie tyle fałszywą, co nie doprecyzowaną nutą. Wielość poruszanych kwestii nie pozwoliła autorce na wgłębienie się w niektóre zagadnienia: jak chociażby wątki tożsamościowe. Z drugiej jednak strony, autorka doskonale poradziła sobie z przedstawieniem relacji rodzinnej Alii oraz z kreacją głównych bohaterów.

Czytając książkę Plebanek miałam w głowie powieść Zadie Smith „Białe zęby”, u której równie ważnym motywem była właśnie rzeczona identyfikacja społeczna, ale też kolor skóry. To właśnie skojarzenie, które pozwoliło mi spojrzeć na książkę Plebanek, jako powieść, która ma ambicję stać się powieścią europejską (nie ma co się zżymać i złorzeczyć, bo książka Plebanek to jednak nie proza Smith, ale jest to kawał interesującej i intrygującej prozy). Ponadto (i tu duży plus dla Plebanek!), podczas lektury często łapałam się na tym, że odczuwałam wręcz fizyczny brak: romantyzmu, pietyzmu, walki narodowowyzwoleńczej (tak, tak wiem - upraszczam jak cholera!) i całej reszty nadwiślańskiej zgrai (Przecież [prawie] żadna polska powieść  bez tej identyfikacji nie funkcjonuje! O ironio!). Więc swoje zadanie pod kryptonimem „europejskość” spełniła. I za to jej chwała (zresztą nieprzypadkowo główną bohaterką nie jest Polka a rzecz nie dzieje się w kręgach rodzimej emigracji).

Reasumując: „Pani Furia” to powieść, której clou stanowi dość znane, ale często zapominane sformułowanie: agresja rodzi agresję. Proszę zapamiętać! 

***


środa, 6 lipca 2016

"Tsunami tendenko"."Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyna Boni




Reportaż Katarzyny Boni to tekst kompletny. Wyważona formuła, opowieść skrojona na miarę, językowe mistrzostwo minimalizmu i precyzji. Autorka nie szafuje populizmem i okrucieństwem. "Ganbare! Warsztaty umierania" to także reportaż, który z dużym szacunkiem odnosi się do ofiar tsunami, które nawiedziło Japonię w 2011 roku, ale też ocalałych (co wcale nie jest rzeczą oczywistą w literaturze faktu, aby w ten sposób traktować bohaterów). Jest wypadkową najlepszej tradycji polskiego reportażu. Jeśli więc, ten tytuł nie zostanie (przynajmniej!) nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, to niech mnie kule biją! Bo to rzecz, którą należy znać, a nazwisko autorki skrzętnie zanotować w kajecie.

Czas wcale nie leczy ran. Sam w sobie nie ma właściwości uzdrawiających. Jedyne, co potrafi, to mijać. To od nas zależy, jak go wykorzystamy[1]

„Ganbare! Warsztaty umierania” to opowieść o lęku i stracie. O samotności i traumie. Japończycy, którzy od tsunami z roku 2011, niemal jak mantrę, powtarzają tytułowe „Ganbare! Daj z siebie wszystko! Trzymaj się! Dasz radę!, teraz/też muszą zmierzyć się z rewersem tragedii. Gdy już opadła woda a rzeczywistość została w miarę uporządkowana (choć w Japonii trudno nie myśleć o kolejnym trzęsieniu ziemi), przyszedł czas, żeby przerobić własną stratę, własny ból. Ogrom nieszczęścia przerósł wszelkie wyobrażenia. Nie sposób pomóc wszystkim – teraz i dziś. Rząd, mnisi, psychologowie próbują jednak na wszelkie sposoby wesprzeć Japończyków i spróbować oswoić nieoswajalne oraz myśl, że śmierć może w każdej chwili nadejść. Nie jest łatwo żyć w niewiedzy, kiedy to nie można pożegnać bliskich, którzy zginęli w tragedii (wiara w siły nadprzyrodzone jest regionie bardzo silna a rytuał pożegnania ze zmarłym bardzo istotny). Z książki Boni wyłania się Japonia obolała (jeszcze przecież katastrofa elektrowni jądrowej Fukushima), ale też wizerunek kraju, który pełen jest ludzi cierpiących, odważnych i gotowych do poświęceń. Obraz po tragedii – niezwykle sugestywny,  głęboki i warty poznania.

Starsi powtarzają do znudzenia: „Kiedy trzęsie się ziemia, uciekaj na wzgórza. I jeszcze: tsunami tendenko. Na wschodnim wybrzeżu wszyscy to rozumieją, ale jak to przetłumaczyć? Kiedy zbliża się tsunami, ratuj się sam, nie patrz na innych. Biegnij ile sił w nogach, zostaw rodziców, zostaw dzieci. Ono nadejdzie szybciej, niż myślisz. Zanim zaczniesz pomagać innym, musisz pomóc sobie. Akt egoizmu, bez którego nie przeżyłby nikt, żeby następnym pokoleniom opowiadać o tsunami. I ostrzegać: tsunami tendenko.”

W posłowiu Katarzyna Boni dziękuje tłumaczom. Jakże było moje zdziwienie, gdy to przeczytałam, będąc przekonana, że przecież tak głębokich, tak uczciwych relacji z bohaterami tekstu nie mógłby pokazać autor, który korzystał z pomocy osób trzecich. A jednak! Bez wątpienia jest to świadectwo świetnej reporterskiej roboty oraz o tego, że autorka ma doskonały dar „słuchania” i nieoceniony, w pracy dziennikarskiej zaś szczególnie, dar empatii. 

Kto nie przeczyta, ten wiele straci. Basta!

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora.



[1] Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.

piątek, 1 lipca 2016

Rzecz o zauroczeniu ideą. "Każdy został człowiekiem" Piotr Nesterowicz



Zanim Adam Ważyk napisał „Poemat dla dorosłych”, który miał wywołać przestrach, konsternację oraz burzę z piorunami. Zanim Ryszard Kapuściński pokusił się o swój polemiczny tekst „To też jest prawda o Nowej Hucie”, który rozsierdził już rozsierdzonych. Zanim Stalin umarł… . Wszystko, wydawać by się mogło, szło w dobrym kierunku. Przynajmniej tak twierdzili (mamili) ci, którzy dzierżyli ster władzy. Elektryfikacja, walka z bezrobociem, analfabetyzmem – jednym słowem: powojenna Polska miała się stać krainą mlekiem i miodem płynącą. Nie stała się, co dosadnie pokazuje książka Nesterowicza, i o czym dziś doskonale wiemy z wielu innych źródeł. Lecz dla rzeszy ludzi, ze wsi mniejszych i większych, nowa rzeczywistość umożliwiła nie tylko realizację marzeń, ale także była ich realizacją - marzeń o życiu, które do tej pory było dla nich nieosiągalne (i o tym także pisze autor książki. Zresztą pamiętać należy, że to pokolenie, które wziął pod lupę autor, przeżyło wojnę). Dostęp do nauki, mieszkań, awans społeczny – wszystko to, niemal na wyciągnięcie ręki. Pod sztandarem równości i sprawiedliwości społecznej. Niestety, jak wiemy, mit o tak łatwo dostępnym szczęściu rozsypał się w drobny mak. Ale zanim to nastąpiło, w młodych ludziach było sporo nadziei i wiary, że przy odpowiedniej determinacji i poświeceniu – możliwe jest wszystko. 

Punktem wyjścia publikacji jest dziewięciotomowe wydanie pamiętników młodzieży wiejskiej opatrzone wspólnym tytułem „Młode pokolenie wsi Polski Ludowej”, nadesłanych na konkurs ogłoszony w 1961. Na ich podstawie autor wykreował czwórkę bohaterów: Mariana, Adelę, Jana i Reginę. Grupę, które nie tyle miały stanowić reprezentatywny zbiór pokolenia, ale raczej miała być wiarygodnym obrazem tego, co dzieje się w umyśle młodego człowieka awansującego społecznie tak szybko i tak gwałtownie. Celowo używam słowa „wykreował”, gdyż autor, powołując się na Wańkowicza, zastosował reporterską technikę mozaikową. Tj. z wielu biogramów stworzył jeden, lecz ten jeden opierając na faktach (tę technikę stosował wcześniej z powodzeniem Jagielski). Jednak autorowi nie zawsze udało się stworzyć obraz przekonujący. Mimo bardzo dobrych fragmentów i sugestywnej (jednak) narracji, trudno momentami dostrzec bohaterów z krwi i kości. Fabularyzowanie, tym samym fikcjonalność, czai się tuż za rogiem

Pomijając jednak ten zgrzyt formalny, reportaż Nesterowicza to rzecz ciekawa. Zmierzył się on bowiem z tematem trudnym, obszernym i wieloznacznym. My Polacy uwielbiamy stroić się przecież w piórka szlacheckiej tradycji i błękitnej krwi powszechnej, a tu mocny prztyczek w nos, że jednak z dziada pradziada to my jednak jesteśmy chłopy i chłopki. Nestorowicz zwraca jeszcze uwagę na inny aspekt Polski Ludowej, o którym dziś często zapominamy -  że tamta ojczyzna nie tylko ciemiężyła, ale także (przynajmniej na początku) kusiła obietnicami, które na swój pokraczny sposób realizowała. Trudno, zatem winić biednych, ambitnych i młodych ludzi za to, że tak chętnie garneli się do ZMP. Wstąpienie do organizacji otwierało wiele drzwi i oferowało wiele możliwości. Sztafaż, szeroki gest i blichtr socjalistycznej, podnoszącej się z gruzów Polski mógł zbałamucić każdą, nawet mocno oporną duszę.

„Każdy został człowiekiem” to opowieść o wielkie fali migracji ze wsi do miast. O Polsce lat 50. W końcu o pokoleniu zauroczonym, oszukanym i koniec końców rozczarowanym hasłami Polski Ludowej.


***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarne