piątek, 25 listopada 2016

Między karą a konsekwencją. "Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" Maciej Czarnecki

W Norwegii nie „karzemy” dzieci, tylko mówimy o „konsekwencjach”.  Zdanie wytrych, w którym zawarta zostało cała „idea” reportażu (precyzyjniej: publicystyki) Czarneckiego. Książka „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”,  to opowieść o różnicach kulturowych właśnie. O dualizmie duszy polskiej, „romantycznej” i do bólu praktycznej, norweskiej, której uosobieniem był sam Fridtjof Nansen. Autor zatem podjął się, dość udanej zresztą, próby opisania dwóch odrębnych światów i wizji rzeczywistości, które spotykają się w wyniku coraz częstszej emigracji Polaków do kraju fiordów.

Czarnecki bardzo skrupulatnie podszedł do zadanego tematu. Nie tylko przestudiował sądowe i urzędowe dokumenty, rozmawiał z każdą ze stron, ale też postarał się oto, żeby każdy z zainteresowanych został przedstawiony możliwie „obiektywnie” (co też niestety sprawiło, że książka momentami wydaje się przybierać formę sprawozdania). Pisze więc o swoistej „psychozie” Polaków, którzy wszelkie działanie norweskich urzędników traktują jako zamach na ich życie, o rzeczywistych nadużyciach Barnevernetu, ale też o słusznych przypadkach interwencji. Autor próbuje odczarować, dość powszechne wśród polskiej diaspory przeświadczenie, że urzędnicy Barnevernetu kierują się tylko złymi intencjami, ale też świetnie zarysowuje problemy z którym zmaga się sam urząd. Nie stając przy tym po żadnej ze stron. To duży plus tego tekstu. (Zresztą, co godne odnotowania, według statystyk polskim rodziną odbierane są dzieci nie częściej niż autochtonom).

Norwegia wymarzyła sobie system, który nie tylko chroni wszystkie dzieci przed przemocą czy molestowaniem seksualnym, ale czuwa również nad ich rozwojem; który dostrzega problem w zarodku i działa prewencyjnie, a nie dopiero po fakcie.

W książce pada sformułowanie, że państwo wiele wymaga od Norwegów, bo samo wiele oferuje (faktycznie, jeśli przyjrzeć się tamtejszym świadczeniom socjalnym, to można dostać zawrotu głowy). W Polsce zaś jest odwrotnie. Rodacy więc z zazdrością patrzą na zarobki i profity Norwegów, którym udało się stworzyć kraj o wyjątkowo wysokim standardzie życia. Polakom jednak z trudem przychodzi dostosowanie się do norweskich reguł, jakże rozbieżnych od rodzimych. I można to zrozumieć. Przy tak diametralnych różnicach kulturowych o konflikt nietrudno. Cała więc (chyba!) sztuka polega na tym, aby uświadamiać odrębności (co próbuję zrobić strona norweska) i je zrozumieć (co winna uczynić strona polska). Co oczywiste, relacje narodowościowe to nie jest prosty przepis na świąteczne ciasto, więc pewnie minie sporo czasu zanim nastąpi konsensus. Warto też pamiętać, że jest gros polskich rodzin, które funkcjonują w kraju Ibsena bezproblemowo.

„Dzieci Norwegii” to dobra dziennikarska robota. Możliwie bezstronna, skrupulatna, interesująca rzecz.

piątek, 11 listopada 2016

Wszystkie walki Jakuba. "Król" Szczepan Twardoch

[źródło]
„Król”, najnowsza powieść Szczepana Twardocha, to dobra książka. I choć trudno ją zaliczyć do niszowej grupy arcydzielnych tworów literatury polskiej, to jednak, co trzeba przyznać z całą stanowczością, to przyzwoita proza. Autor, który prowadzi czytelnika krętymi ścieżkami przedwojennej historii Polski, umiejętnie konstruuje fabułę i dość zgrabnie balansuje pomiędzy literaturą popularną a piękną, tworząc tym samym udany eksperyment literacki.

Jakub Szapiro, główny bohater powieści, to bokser, Żyd, król warszawskich Nalewek. Człowiek, któremu kłaniają się straganiarze, prostytutki, kelnerzy w „Ziemańskiej”. Niepokonany w ringu i na ulicy. Mężczyzna do którego wzdycha wiele porządnych i nieporządnych polskich i żydowskich dziewcząt. W końcu, najważniejszy człowiek grupy Kuma Kaplicy - a ten trzęsie przedwojenną Warszawą. Tą żydowską częścią Warszawy. Bo w „Królu” mamy dość wyraźnie zarysowany podział na część polską i żydowską właśnie. Rzeczywistość ulicy Gęsiej i Miłej, a z drugiej zaś strony środowisko falangistów i polskich nacjonalistów, którzy tworzą getto ławkowe i marzą o „czystej” Polsce. Oba te światy koegzystują obok siebie, lecz ich mieszkańcy wiedzą o sobie niewiele. Niewątpliwie jest to układ dość kruchy i niestabilny. U Twardocha jest zatem podział na tych: „co z nami” i na tych: „co przeciwko nam”. W żaden sposób nie można wartościować tych światów. Bo i tam, i tu w szeregach władzy są przede wszystkim łajdacy, którzy myślą tylko o zwycięstwie. A siła w „Królu” odgrywa rzecz najistotniejszą. Przemoc ma zasadnicze znaczenie i to ona jest wyznacznikiem prestiżu. Lecz, i tu punkt dla autora, bo do mocarza Jakuba, który para się gangsterką w czystej postaci (sutenerstwo, przemyt, morderstwo na zlecenie, lichwa i haracze), czuje się  sympatię i to jemu się kibicuje. Choć i też do czasu.

Twardoch dość umiejętnie porusza się po niuansach politycznych II Rzeczypospolitej. Pokazuje rzeczywistość mocno rozparcelowaną frakcyjnie i poglądowo. Ciekawy jest też zabieg retrospekcji oraz działania i wpływu sił demiurgicznych (co miało miejsce już we wcześniejszych książkach pisarza), które patronują życiu bohaterów. Świat wykreowany przez autora, to świat brudny, brutalny i bezwzględny. I dlatego tak bardzo ciekawy i wciągający.

„Król” nie od razu zaskarbił sobie moja przychylność, a momentami wręcz nużył. Jednak z tokiem akcji fabuła zdecydowanie zaczęła nabierać rumieńców a niezwykle realistycznie odmalowana rzeczywistość przekonywać. Dobra rzecz. Mocna rzecz.

***

wtorek, 1 listopada 2016

Krakowskie powidła i kobieca inteligencja. „Rozdarta zasłona” Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński)

Zofia Szczupaczyńska, która poznać się już dała czytelnikom z brawurowo przeprowadzonego śledztwa w domu Helclów, powraca. Powraca i to w jakim stylu! Tak samo praktyczna, pozornie konformistyczna, zdeterminowana, bystra i gotowa poświęcić naprawdę wiele (choć rzecz jasna wszystko poza reputacją i dobrym imieniem domu swego!), żeby złapać mordercę Karolci. Służącej Szczypaczyńskich, która ledwo co została przyuczona do zawodu (a przecież w Krakowie tak trudno o dobrą pomoc), a jakiś złoczyńca zamachnął się na jej cześć i życie. Zofia, choć niezłomnie wierzy w mieszczański kodeks reguł i zasad, trzymający w ryzach tą hermetyczną rzeczywistość małopolską, musi ponownie zakasać rękawy i wyjaśnić sprawę, której wyjaśnić nie potrafi (lub nie chce) męski zespół śledczych. I choć kobiecie na tym froncie i padole nie jest z gruntu łatwo i mierzyć musi się z wieloma uprzedzeniami, Szczupaczyńska zrobi wszystko, aby rozwikłać zagadkę. I nietrudno się domyślić, bo zresztą konwencja tak nakazuje, że jej się to uda. Jednak wszystko w swoim czasie i kolejności: (…) śledztwo śledztwem, rozwiązanie rozwiązaniem a dom – domem. I w tym miejscu trzeba by było jeszcze dodać: a powidła śliwkowe – powidłami śliwkowymi. Obowiązki gospodarskie rzecz święta.

Podobnie jak w „Tajemnicy…” i tu czytelnik uraczony zostaje precyzyjnym i zachwycającym opisem rzeczywistości XIX-wiecznego Krakowa (wyimki z „Czasu”, tak chętnie czytanego przez profesora Szczupaczyńskiego, świetnie dopełniają całości). Są i postacie historyczne, których pojawienie się zdecydowanie ubarwia śledztwo: długoletni dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Karol Estreicher, seksuolog i badacz życia płciowego Krakowian Stanisław Kurkiewicz oraz nieoceniony, młody Tadeuszek Żeleński. Wszyscy oni, sportretowani w mniej lub bardziej humorystyczny sposób, dopełniają smakowitą i nietuzinkową fabułę. Co jeszcze warte odnotowania – Zofia Szczupaczyńska, która aby rozwikłać śledztwo musi się spotykać z wszelkiej maści socjalistami, emancypantkami i kobietami (wcale nie) lekkich obyczajów, charakterologicznie ewaluuje. Nie tylko odkrywa, dość zresztą to odkrycie dla niej bolesne, mroczną stronę swojego ukochanego miasta, ale także dojrzewa w niej szokująca pewność, że umysł kobiety dorównuje zdolnością dedukcyjnym mężczyzny, a nawet je przewyższa. Dla profesorowej koszta śledztwa okażą się olbrzymie i nieodwracalne, bo i świat straci posmak niewinność. A reguły moralne okażą się materią dość płynną.

„Rozdarta zasłona” to rzecz świetna i niebanalna. Książka iskrzy humorem, a wartka i nietuzinkowa akcja wyśmienicie dopełnia całość. I o ile „Tajemnica…” była czystą rozrywką igrającą z konwencją, tu mamy coś więcej. Choćby wspomnieć kwestie emancypacyjne, czy poruszenie problemów robotników. Pyszna lektura, dobra zabawa, intrygująca opowieść i bohaterka.

poniedziałek, 17 października 2016

Powrót do gry. "Mock" Marek Krajewski

Eberhard Mock powraca. Powraca i to w jakim stylu! Krajewski, czyniąc zadość oczekiwaniom czytelników, ponownie materializuje w scenerii przedwojennego Wrocławia (a jakże inaczej!) jednego z najlepszych i najciekawszych śledczych polskiej literatury kryminalnej. Lecz tym razem Mock nie jest jeszcze dojrzałym, znanym z poprzednich części, zmęczonym życiem i doświadczonym przez los komisarzem. Znawcą wybornych trunków i ekspertem kobiecego ciała, ale młodym wachmistrzem, który, już co prawda cechuje się niezwykłą bystrością umysłu i przymiotami charakteru, lecz chuć ma wręcz zwierzęcą. A myśl o ustatkowaniu i ożenku jest dla niego myślą bardzo abstrakcyjną. Jednak, co najciekawsze i nowe, bohater jest też w dużym stopniu zależny od swoich przełożonych i zmuszony do walki o swój niepewny, wrocławski byt. To tworzy pewne ograniczenia w działaniu, ale też przestawia Mocka w zupełnie innym świetle. Istotne jest również to, że autor zawarł w „Mocku” znane i cenione z poprzednich tomów serii elementy: jest zatem mrocznie, gęsto od dymu tytoniowego i oparów rynsztoka oraz też tłoczno od różnorakich napięć – sensualnych i erotycznych, jest też w końcu i niebezpiecznie i demonicznie. Zdaje się zatem, że porządek świata został przywrócony (nawet jeśli okrutna zbrodnia na moment go zakłóciła).

Mamy więc Wrocław roku 1913. W Hali Stulecia, której budowa właśnie się kończy, dochodzi do makabrycznego odkrycia. Czterech gimnazjalistów zostało okrutnie zamordowanych, a nad ich ciałami ktoś powiesił trupa mężczyzny z przymocowanymi skrzydłami. Zbrodnia rytualna? Zbiorowe samobójstwo? Tropów i hipotez jest całe mnóstwo. Sprawa otrzymuje najwyższy priorytet, nie tylko dlatego, że zbrodnia ta ma iście barbarzyński wymiar, lecz także dlatego że wkrótce na uroczystość oficjalnego otwarcia Hali ma przybyć członek rodziny cesarskiej. Należy zatem wyeliminować wszelkie zagrożenia i sprawę szybko wyjaśnić. A we Wrocławiu trudno szukać lepszego i bardziej skutecznego śledczego niż zdesperowany i gotowy do każdego poświęcenia młody wachmistrz kryminalny Mock.
Bez wątpienia Krajewski wrócił na utartą, ale też słuszną ścieżkę kryminalną. I dobrze stało. Mock jest, jak zawsze zresztą, ujmujący, fascynujący i konsekwentny w działaniu, ale co najważniejsze, jest też przekonujący. A za to przede wszystkim cenię pisarstwo Krajewskiego. Dobrze wrócić do Wrocławia i obwąchać stare kąty. Brawo autor! Brawo Eberhard!

niedziela, 9 października 2016

Po drodze. „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” Filip Springer

Żeby ruszyć i zwiedzać Polskę (z południa na północ, z zachodu na wschód i w dowolnej konstelacji i układzie) mniejszych miast (zresztą większych też!), to trzeba mieć jednak spore pokłady uporu, pokory, odwagi, samozaparcia, poznawczej pasji, ironii, autoironii i cholera wie, czego jeszcze. A żeby robić to, korzystając z połączeń kolejowych (coś zarzęziło, coś zatelepało, zabuczało, ruszyliśmy, jedziemy), autobusowych (parafrazując autora: żeby wysiąść w Ostrołęce trzeba w drzwi starego busa przypierdolić z buta) i transportu miejskiego etc., to trzeba mieć zdecydowanie zapał i entuzjazm dziecka, albo nazywać się Springer. Filip Springer. Ale jak dobrze, że to właśnie on wyruszył w tę włóczęgę, której celem było opisanie i poznanie trzydziestu jeden miast, które w 1999 utraciły status stolicy województwa. Dobrze, bo ma w tym temacie niemałe doświadczenie. A ponadto, odwali bezmiar potrzebnej, reporterskiej roboty oraz po raz kolejny udowodnił, że z tematu oczywistego, przezroczystego wręcz, można zrobić niebanalny dokument.

Jedną z największych zalet tego tekstu jest świeże, niesformatowane spojrzenia na Polskę, nazwijmy ją roboczo, „nie-warszawską”. Autor, który prowadzi czytelnika kluczem problemów i tematów, nie zaś geografią, ukazuje miasta straconych nadziei, ale też wykorzystanych szans (wisienką na torcie jest tutaj Bielsko-Biała). Zderza się z polską mentalnością wiecznego narzekactwa i malkontenctwa, ale też z wielką siłą i determinacją osób, którym chcę się „mimo wszystko” (dla przykładu: piekarnia w Przemyślu, księgarnia „Czerwony Atrament” w Płocku, firma IT w Suwałkach), i które w mniejszych miastach znalazły sposób na życie i realizowanie własnych pasji. Jednak, co trzeba przyznać uczciwie, więcej w publikacji jest sytuacji i przykładów rozczarowań. Gdyż miasta, które z końcem zeszłego stulecia, były stolicami województw, po reformie, straciły swój wyjątkowy status. Ograniczone fundusze, bierność i krótkowzroczność władz, centralizacja ważnych ośrodków państwowych i kulturalnych w Warszawie, doprowadziła do sytuacji, w której marzenia mieszkańców sprowadzają się do posiadania centrum handlowego z tzw. "sieciówkami", McDonalda lub po prostu miejsca pracy. I jeszcze do wspomnień z okresu prosperity. Jak podsumował to sam autor: Archipelagiem targają dwa uczucia. Poczucie krzywdy i tęsknota.

Po lekturze książki Springera można mieć jednak poczucie niedosytu. Ledwo rozpoczęte wątki (Chełm dla przykładu, czy Przemyśl) zaraz są puentowane. A przecież każda z tych historii, to temat na osobną, dużą książkę. Pozostaje mieć nadzieję, że autor rozwinie i nie porzuci niektórych fascynujących historii. Zresztą ta powściągliwość jest poniekąd zrozumiała. Ogrom tematu wymagał pewnych ograniczeń. Niemniej „Miasto Archipelag”, to lektura ciekawa, przytłaczająca także (szczególnie rozdział „Niedziela”), ale przede wszystkim ważna.

***

środa, 5 października 2016

Biografia człowieka wielowątkowego. "Cyrankiewicz. Wieczny premier" Piotr Lipiński

W ostatnich słowach prologu książki Lipiński konkluduje: W historii nie wszystko dzieje się tak, jakby wyglądało na pierwszy rzut oka. Nawet jeśli przeczytamy o tym w książkach. I bez wątpienia należy te słowa potraktować jako motto publikacji i klucz do biografii postaci bezmiar wieloznacznej i na swój sposób nieuchwytnej, wręcz dramatycznej. Cyrankiewicz, to postać z życiorysem tak wielowątkowym, że trudno uchwycić clou, rdzeń charaktery „wiecznego premiera” (choć wiele sądów i ocen jednak się powtarza). Lipiński wyszedł z założenia, moim zdaniem słusznego, że najlepiej stanie się jeśli własny osąd i własne interpretacje schowa głęboko do szuflady, a skupi się przede wszystkim na relacji świadków i przedstawieniu archiwaliów. Tak też się stało i dobrze się stało. „Cyrankiewicz” to bowiem arcyciekawa biografia, która pokazuje konflikt człowieka uwikłanego. Człowieka, którego konformizm i serwilizm były tematów licznych żartów. W końcu człowieka, który dostał się w tryby oszalałej historii. Wszystkie te zależności i złożoności, całkiem udanie, Piotr Lipiński zaprezentował.

Podobno Cyrankiewicz uwielbiał dowcipy. Szczególnie te o sobie samym (Cyrankiewicz dostał order Gwiazdy Betlejemskiej. Za uporczywe trzymanie się żłobu). Przed wojną występował otwarcie przeciwko bojówkom endeckim. Członek PPS-u. Podobno też podczas wojny odbił z rąk nazistów Jana Karskiego. Gdy trafił do Oświęcimia jako numer 62933, zachowywał się ponoć wyjątkowo okrutnie względem współwięźniów. Miał pełnić rolę Zastępcy Delegata Rządu na Kraj. Brał udział w marszu śmierci. Przeżył, bo podobno posiadał niezwykły dar przystosowania się, który także po wojnie bardzo mu pomógł. Po ’45. wielu jego znajomych i kolegów, którzy wyemigrowali na Zachód sądziło, że w Polsce Ludowej Cyrankiewicz pełni rolę Wallenroda. Miał też przyłożyć rękę do wyroku skazującego rotmistrza Pileckiego. Potrafił rozmawiać i układać się z każdym. Bawidamek i bumelant. Z przywilejów komunistycznej władzy korzystał pełnymi garściami. Jego małżeństwo z Niną Andrycz było częstym tematem plotek i rozpalało wyobraźnie wielu. Był autorem słów, które wypominać miano mu już zawsze: Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie. Podobno też cechował się przedwojenną elegancją, dobrymi manierami, doskonałą pamięcią i elokwencją. Przy Gomułce sprawiał człowieka wybitnego. Reasumując: podczas lektury książki uderza ogrom spekulacji i niedomówień, luk w życiorysie „wiecznego premiera”. Istny karnawał faktów i miszmasz domysłów, które umiejętnie Lipiński zebrał i sklasyfikował. Nie dziwi zatem wspomniane wcześniej motto towarzyszące książce.


Że „Cyrankiewicz” to ważna i potrzebna książka nie trzeba nikogo przekonywać. Autor prezentuje postać premiera, czy też kontekst historyczny w sposób wyważony, krytyczny (co dziś dość jednak rzadkie), ale przede wszystkim ciekawy – tym samym zaskarbia sobie przychylność czytelników. Unikając ocen i ocierając się o plotki, rysuje postać intrygującą – bez względu na ocenę moralną Cyrankiewicza – i to jest wielki walor tej książki. Bez wątpienia to dobrze skrojony reportaż.

***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"

niedziela, 2 października 2016

Chmielarz robi to dobrze albo czas kobiet. „Osiedle marzeń” Wojciech Chmielarz

Najpierw był twardy, bezkompromisowy, samotny jak wilk stepowy, poczochrany wichrami życia i doznań dnia codziennego, glina Jakub Mortka. Potem nadszedł czas na konformistę, śledczego-amatora, antypatycznego Dawida Wolskiego („Wapmir”). W „Osiedlu marzeń” prym zaczyna wieść aspirantka „Sucha” Suchocka, która zdaje się (przynajmniej wnioskując po zakończeniu), że w kolejnych tomach powieści zupełnie już przejmie ster tego patriarchalnego okrętu. Uogólniając i niejako podsumowując literackie portfolio Wojciecha Chmielarza można śmiało wywnioskować, że autor doskonale orientuje się w "trendach" kryminalnego  gatunku. Ba! można odważnie i zupełnie nie na wyrost też założyć, że twórczość autora ewoluuje w taką stronę i w taki sposób, że ukontentowani będą (zresztą już są!) zarówno czytelnicy, jak i krytycy. Zatem punktem wyjścia dla Chmielarza był twardy i surowy glina; potem pisarz wykreował postać, której za cholerę nie dało się polubić (wspomniany wcześniej główny bohater „Wampira”); teraz autor meandruje, śmiem zaryzykować, w stronę domestic noir – kreując silną, upartą jak tur, inteligentną postać Suchej, która z tomu na tom zyskuje na znaczeniu. I między innym dlatego „Osiedle marzeń”, to jeden z lepszych kryminałów jakie dane było mi przeczytać w tym roku. Bo Chmielarz to autor dużego talentu, który świetnie pożenił refleksję literacką z całkiem przyzwoitym (co cenię najbardziej!) poczuciem humoru i ironii.

Tym razem Jakub Mortka (oczywiście z wielką pomocą aspirantki Suchockiej) musi dojść do tego, kto zgwałcił i zabił, wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, niewinną, idealistyczną studentkę dziennikarstwa. I jak zawsze w przypadku Chmielarza, coś co wydawało się prostą sprawą, w toku śledztwa przypiera rozmiary szeroko zakrojonej afery, gdzie kwestie i motywy finansowe zdają się być pierwszorzędne. Żadnego zbędnego psychologizowania, żadnych psychopatyczny gierek, zdradzonych nadziei i kochanków. Bo Chmielarz, jak to Chmielarz, bezwzględnie rozprawia się z ludzkimi słabościami i dość krytycznie spogląda na zamknięty świat strzeżonych osiedli, które zdaje się powstały tylko po to, żeby połechtać próżność nowobogackich właścicieli używanych SUV-ów.

„Osiedle marzeń” to  świetny i dobrze skrojony kryminał, którego lektura jest bezmiar satysfakcjonująca. I choć jeden z moich ulubionych literackich bohaterów Jakub Mortka pomału odsuwa się w cień, znajdując uciechę i długo wyczekiwany spokój w ramionach kochanki, to i tak z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Zwłaszcza po takim nokautującym zakończeniu. Zwłaszcza po nim. Do boju Sucha!

***
A w kontekście kobiet/kobiecości pamiętajcie proszę o jutrzejszym proteście!