niedziela, 19 lutego 2017

Jak nie powinna wyglądać biografia. Studium przypadku. „Kownacka. Ta od Plastusia” Olga Szmidt

Marię Kownacką zna prawie każde polskie dziecko i każdy dorosły. Liczby mówią same za siebie:

„Plastusiowy pamiętnik” to 30 wydań, tylko po wojnie sprzedany w co najmniej 1 245 000 egzemplarzy; „Kajtkowe przygody” – 22 wydania, 1 164 000 egzemplarzy, „Rogaś z Doliny Roztoki” – 21 wydań, 1 200 000 egzemplarz […]. Ogółem dzieła Marii Kownackiej – licząc tylko te powojenne wydania – to dziś 253 tytuły wydane w łącznym nakładzie ponad 11 milionów egzemplarzy.

Już sama skala publikacji jest dobrym powodem, żeby sięgnąć po biografię autorki. Czas w którym żyła Kownacka również. Zresztą osobiste wspomnienia i sentyment też robią swoje. Plus Wydawnictwo Czarne. To nie mogło się nie udać. A jednak. A że upadek z wysokiego konia jest najbardziej srogi i bolesny, więc postaram się w kilku punktach klarownie wyłuszczyć, dlaczego książka Szmidt to sromotne rozczarowanie.

1. Autorka bardzo nie lubi swojej bohaterki i zupełnie tego nie potrafi ukryć. Czytaliście może biografię Stryjeńskiej Angeliki Kuźniak? Tam dopiero było mnóstwo powodów, żeby zapałać totalną antypatią do opisywanej postaci. Mimo to, biografistyka świetnie poradziła sobie z wybitnie skrajną osobowością, nie wylewając własnych żółci i nie szafując rozczarowaniami. Szmidt nie pozostawia na Kownackiej suchej nitki. Z książki możemy dowiedzieć się zatem, że Kownacka to mitomanka, zrzędliwa stara panna, humorzasta złośnica pozbawiona taktu. I dobrze, że autorka pisze o jej wadach, ale fajnie byłoby się dowiedzieć co za tym stoi (wykluczając jednak amatorską psychoanalizę). Nie chodzi przecież o nieskazitelny pomnik ze spiżu, ale w miarę obiektywny obraz Kownackiej, która szybko straciła ukochaną matkę i wychowywała się w domu, w którym wychowywać się nie chciała. Ponadto: uratowała dziewczynę przez egzekucją z rąk rosyjskich żołnierzy, tworzyła tajne nauczanie dla wiejskich dzieci, wielu pomogła po wojnie. Dużą estymą i uwagą otaczała dzieci, co przecież było rzadkie w tamtych czasach.  Te sprawy są jednak marginalizowane. Szmidt nieproporcjonalnie i bez wyczucia rozkłada akcenty. Końcowe takty biografii, to już krzyk rozpaczy, żeby jak najszybciej skończyć temat i rozstać się z bohaterką.

2. Podejście do materiałów i źródeł. Cytowanie dekretów, ustaw, rozporządzeń. Ba! nawet przemówienia Jaruzelskiego z 13 grudnia 1981 roku! To już chyba kpina z czytelnika. Rozumiem, że materiałów (szczególnie np. z okresu wojny) jest nie dużo, ale czy to powód, żeby używać takich spulchniaczy? Gdzie był redaktor? I ta jednoznaczna, negatywna interpretacja źródeł. Zęby zgrzytają.

3. Chaos kompozycyjny. Szczególnie widoczny w pierwszym częściach książki. Autorka zupełnie nie zapanowała nad materiałem. Skacze od jednego wątku do drugiego. Nuży dłużyznami, brakiem formuły i linii opowieści. O przodkach Kownackiej pisze w taki sposób, że chyba nudniej już nie można. Kolejne ciotki i pociotki uprzykrzają tylko życie czytelnika i nadszarpują jego cierpliwość.

Reasumując: nie polecam, nie zachęcam, odradzam. Lepiej poczytać biografię Stryjeńskiej.

Na pociechę: 



sobota, 11 lutego 2017

Ptaki. Pasja. Ptaki. „Dwanaście srok za ogon” Stanisław Łubieński


Wielekroć powtarzane i okrutnie wykorzystywane (wszerz i w wzdłuż, na skos) słowa Ryszarda Kapuścińskiego: Przetrwa ten, kto stworzył swój świat, w odniesieniu do autora „Dwunastu srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego, mają jednak totalne uzasadnienie. Publikacja Łubieńskiego to czyste urzeczywistnienie pasji. Pasji totalnej. A jeśli jej definicji szukać w słownikach to pod rzeczonym hasłem spokojnie mógłby zaistnieć odsyłacz: Zob. Łubieński – ptaki. Zatem w książce mowa przede wszystkim o ptakach (odmienianych przez wszystkie przypadki). Mowa też o postaciach wielkich ornitologów m.in. Jamesie Bondzie (tak, tak!), czy Friedrichu Tischlerze. Autor przekazuje też czytelnikowi wiedzę o początkach swojej pasji, pisząc swoistą autobiografię człowieka ogarniętego: Birding Compulsive Disorder. W tekście nie brak też erudycyjnych konotacji natury z humanistyką i różnorakimi dziedzinami sztuki. Jednym słowem ptak ptaka pogania.

Szybko zrozumiałem, że wbrew temu, czego uczą polonistki, czasem lepiej powtórzyć jakiś wyraz niż siłować się z niezręcznym synonimem. Słowa „ptak” nie zamierzałem zastępować jakąś pokraką w rodzaju „skrzydlatego wędrowca”.

Łubieński jest przyrodniczym obsesjonistą. Bada, śledzi, podpatruje przyrodę bez względu na warunki pogodowe i miejsce. Utyskuje nad nieodwracalnymi zmianami (zniszczeniami), których człowiek dokonał w środowisku naturalnym. Ostatni rozdział, który prawie w całości poświęcił zatrważającej kondycji polskiej fauny i flory, można potraktować jako memento. Inne zaś części niosą ze sobą przesłanie zgoła rewolucyjne: „Rzuć pracę w korporacji i zacznij oglądać/podglądać… PTAKI!”. Trudno się zatem nie przekonać do tej książki, prawda?

A teraz ciutek ekshibicjonizmu: Przyroda nie jest dla mnie zjawiskiem obcym. Jestem wiejską dziewczyną dla której życie w otoczeniu dzikich ptaków, jeży, saren i muflonów było, i pozostaje nadal, czymś zupełnie normalnym. Jednak jak to z rutyną bywa - rzadko potrafimy dostrzec jej walory (z tego miejsca chciałbym pozdrowić szanownego małżonka). I dlatego Łubieński jest taki fajny. Bo pozwala przydomowe drzewa i ptactwo ponownie omieść świeżym i pełnym zachwytu spojrzeniem. I robi to z wielką klasą i znawstwem rzeczy. 

Reasumując:

Ptasia migracja to dla mnie największy cud natury. Historię każdej wędrówki można przedstawić jako heroiczną epopeję. Każdy jej uczestnik jest wyjątkowy. Ile przeszkód i niebezpieczeństw napotyka na swojej drodze ważąca kilkanaście gramów sikorka, która pokonuje jedynie kilkaset kilometrów?

***





niedziela, 5 lutego 2017

Reporter efektywny. „Plaża za szafą. Polska kryminalna” Marcin Kącki

Trzeba mieć niezły tupet (chciałam napisać coś niecoś o jajach, ale jednak trzymajmy się pewnej „kulturalnej konwencji” tego miejsca. Przynajmniej spróbujmy), żeby do roboty reporterskiej podchodzić tak jak Kącki. To znaczy: bezpośrednio, bezkompromisowo, odważnie, i co tu dużo mówić, bezczelnie. Dla przykładu dialog pomiędzy autorem a poznańskim arcybiskupem Paetzem:

-Mam do pana prośbę – mówi w drzwiach [Juliusz Paetz], składając ręce jak do modlitwy. – Proszę napisać o mnie prawdę. – O chłopcach pachnący Hugo Bossem, leczących się psychiatrycznie, o butelkach po whisky chowanych przed urszulanką? Unosi brwi, uśmiecha się łagodnie, błogosławi mnie znakiem krzyża na drogę.

Kącki to taran, który w proch rozwiał dobre samopoczucie poznańskiego establishmentu głośną książką „Maestro. Historia milczenia”. To dziennikarz, którego Monika Sznajderman wysłała do Białegostoku, żeby opisał rosnący tam w siłę nacjonalizm. Kącki to w końcu człowiek, który (zaryzykuję dość odważną tezę) mało kogo się boi. Trafnie zauważył Filip Springer na czwartej stronie okładki, że Kącki pisze z perspektywy natrętnej muchy. I myślę, ze autorowi „Wanny z kolumnadą” nie chodziło tylko o fakt, że mucha to owad dość natarczywy, ale także o to, że mucha nie stroni od obiektów mało przyjemnych. Dlatego z uporem godnym odnotowania dziennikarz pisze o: pedofilii w kościele, molestowaniu chłopców w szacownym chórze przy wtórze oklasków możnych tego świata; molestowaniu przez trenera młodych siatkarek; też o prostytucji i sutenerstwie. W zbiorze „Plaża za szafą”, który jest efektem dziesięciu lat pracy dziennikarza śledczego, Kącki opisuje też historie, których pozazdrościłby mu niejeden autor kryminałów. Pisze więc o skradzionym obrazie Moneta przechowywanym wiele lat za szafą; o zabójstwie żony przez ratownika medycznego; o księdzu, który napadł na bank; o samobójstwie szyfranta Zielonki, którym praktycznie nikt się nie przejął… . Pisze z zacięciem fabularnym (choćby stopniując napięcie), determinacją godną psa gończego i butą, której pewnie zazdrości mu nie jeden adept (ale też stary wyga) dziennikarstwa.

„Plaża za szafą. Polska kryminalna” to zbiór tekstów, których clou jest właśnie szeroko rozumiana kwestia kryminalna. Reporter pisze więc o nieprawidłowościach polskiego sądownictwa i prawa. O niesprawiedliwościach społecznych i nadużyciach władzy. Mocne i klarowne to teksty, które nie pozostawiają wątpliwości co do natury rzeczy. Dla mnie dziś Kącki (obok Justyny Kopińskiej) reprezentuje to, co osobiście cenie w reportażu najbardziej: efektywność, nie zaś efektowność.

niedziela, 29 stycznia 2017

Humanista obibok, film porno i kawa pomyje. "Jak podróżować z łososiem" Umberto Eco

W felietonie „Jak rozpoznać film porno” Umberto Eco daje czytelnikowi dość klarowne wskazówki dotyczące rozpoznania „dzieła” erotycznego: bohaterowie, jadący samochodem z jednego miejsca w drugie, zużywają więcej czasu, niż widz sobie życzy, a bieg akcji wymaga. Jeśli zatem przez moment ktoś poczuje się zaniepokojony ślamazarną wycieczką „aktorów” z miejsca „a” do miejsca „b”, to wtedy właśnie może być pewien, że zaraz będą na ekranie dziać się sceny, o których Terlikowskiemu się nie śniło (lub właśnie się śniło, ale nie chce się przyznać). Inne z felietonów zawartych w tomie „Jak podróżować z łososiem” niosą ze sobą wiedzę równie pożyteczną. Z niniejszej książki możemy dowiedzieć się zatem, co następuje: jak jeść lody, jak nie rozmawiać o piłce nożnej, jak stać się popularnym, jak nie mówić „dokładnie”, jak inteligentnie spędzić urlop, jak przeżyć w chaosie mediów, jak stawiać wielokropek itd. Jednym słowem rad w tym zbiorze bez liku. A humoru, inteligencji, autoironii oraz błyskotliwych i ciętych ripost jeszcze więcej.

Część felietonów, które pierwotnie były publikowane w włoskim tygodniku „L’Espresso”, polski czytelnik zna już z tomów „Zapiski na pudełku od zapałek”. W niniejszej książce znajdują się także te pisane w latach 2004-2014, które ukazały się po raz pierwszy w wydaniu zwartym. Te najnowsze, takie przynajmniej można odnieść wrażenie, wiele mówią o stracie czasu, o jego dobrym wykorzystaniu; o mediach i zagrożeniach, które z sobą niosą najnowsze technologie. Te starsze natomiast, nic a nic, nie tracą na swojej aktualności. Gdyby nie redaktorska skrupulatność w datowaniu poszczególnych tekstów, trudno byłoby wyrokować, że felieton „Jak nie używać telefonu komórkowego” jest z 1991 roku. Artykuły włoskiego pisarza to ciągle świeże, aktualne literackie perełki, które czyta się z wypiekami na twarzy i jednak pewnym niepokojem celności formułowania zagrożeń. I ta ironia i dystans – rzecz godna odnotowania i podkreślenia.

„Jak podróżować z łosiem” (już wiem, że nie jest to prosta sprawa!) to zbiór świetnych i błyskotliwych tekstów, które warto poznać (ale chyba o tym nie muszę już nikogo przekonywać).

Na zakończenie, mała próbka tego, co Eco czytelnikowi oferuje. Zamiast puenty i licznych synonimów zachwytu.

Istnieje także kawa pomyje. Wyrabia się ją zazwyczaj ze zgniłego jęczmienia, kości nieboszczyka i ziaren prawdziwej kawy wygrzebanych na śmietniku poradni chorób wenerycznych. Rozpoznać ją można po zapachu nóg wymoczonych w wodzie, w której zmywano naczynia. Podawana jest w więzieniach, zakładach poprawczych, wagonach sypialnianych i luksusowych hotelach.

Kiedy dzwonię do dentysty, aby umówić się na wizytę, a on mówi, że przez cały tydzień nie ma już czasu, wierzę mu. To poważny profesjonalista. Kiedy jednak ktoś zaprasza mnie na zjazd, rozmowę przy okrągłym stole, proponuje, abym został redaktorem dzieła zbiorowego, napisał esej, uczestniczył w jury, a ja odpowiadał, że nie mam czasu, ta osoba mi nie wierzy. […] Najwidoczniej my, humaniści, nie uchodzimy za poważnych profesjonalistów, jesteśmy obibokami.

niedziela, 22 stycznia 2017

Tożsamość i płeć. "Middlesex" Jeffrey Eugenides

Ciurkałam i dziergałam tę książkę, gdyż nie chciałam jej kończyć za nic na świecie. Jakże bowiem dobrze, przez ten zimowy okres słonecznej posuchy i intensyfikacji wiatru oraz mrozu, było ogrzewać się blaskiem na miarę skrojonego bohatera. Jakże cudnie było plątać tożsamości, mylić tropy, wietrzyć spiski i odbywać kolejne rewolucje (czy to społeczne, czy też seksualne) u boku rodziny Stephanides. I jakże dobrze w końcu, że trafiłam na ten tytuł długo po premierze, gdyż mogłam sama odkrywać jej arcydzielność. Sama tropić wielowymiarowość, ponadczasowość, elastyczność i jednocześnie ascetyczności języka, jej piękno.

„Middlesex” to książka o trzech pokoleniach rodziny Stephanides. Opowieść ma swój początek w 1922 roku w małej greckiej wiosce, z której osierocone, zakochane w sobie rodzeństwo, Desdemona i Lefty, postanawia uciec w obawie przez napierającymi Turkami oraz wszechwładną plotką. Uciekają do Ameryki. I choć urzędnicy na Ellis Island bez obawy wpuszczają przybyłych, rodzeństwo obarczone jest specyficznymi genem, który na razie uśpiony, dybie na swoją przyszłą ofiarę. Tą ofiarą będzie ich wnuczka/wnuk Calliope/Cal. Hermafrodytyzm, bo o tej przypadłości mowa, jest przyczynkiem do snucia opowieści o Ameryce kilku dekad XX wieku, o tożsamości (nie tylko tej seksualnej, ale też społecznej, czy tez narodowej), imigracji i poczuciu przynależności, o wielokulturowości Stanów, o poszukiwaniu własnej drogi i próbie okiełznania niemożliwego.

Eugenides stworzył powieść wybitną. Zdumiewa jej rozmach i wnikliwość. Cieszy każde słowo, każda opowiedziana historia, która dociera do trzewi i mierzi do cna. Autor stworzył opowieść z jednej strony na wskroś amerykańską, z drugiej zaś strony wybitnie uniwersalną. O wartościach ponadczasowych jak samotność, miłość, wierność - pisze bez ckliwości, ale za to z wielkim znawstwem. Trzeba przeczytać i się rozsmakować.

Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć dość obszerny fragment, który stanowi doskonałą ilustrację/kwintesencję tego, o czym pisałam wcześniej:

Pamiętam również wiele innych rzeczy – materialnych i niematerialnych: bezlitosny blask światła sali operacyjnej, białe buty piszczące na białej podłodze, muchę zanieczyszczającą gazę oraz prywatne dramaty, które toczyły się wokół mnie po obu stronach korytarza w szpitalu położniczym. Czułem szczęście par trzymających pierwsze dziecko oraz hart ducha katolików odbierających dziewiąte. Wyczułem rozczarowanie młodej matki, gdy na twarzy właśnie urodzonej dziewczynki rozpoznała charakterystyczny podbródek swojego męża, oraz przerażenie świeżo upieczonego ojca, który obliczył, ile będzie kosztować wykształcenie trojaczków. Na kondygnacjach znajdujących się nad salą porodową, w pomieszczeniach bez kwiatów, leżały kobiety wracające do zdrowia po histerotomii lub mastektomii. Nastoletnie dziewczyny z pękniętymi torbielami jajników drzemały pod wpływem morfiny. Od samego początku byłem tym otoczony – ciężarem kobiecego cierpienia, z jego biblijnym uzasadnieniem i nagłymi zniknięciami.

niedziela, 15 stycznia 2017

Bardzo użyteczna literatura środka. "Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk

Ależ ja tę książkę obwąchiwałam. Jakie walce i kujawiaki odprawiałam, żeby ją kupić i nie kupić jednocześnie. Argumentów za kupieniem było kilka: bo polecał Filip Springer (a jemu, w przeciwieństwie do Marcina Mellera – patrz: casus „Shantaram” i „Ósmego życia”, w kwestiach literackich akurat ufam); bo to o niełatwych początkach macierzyństwa[1] (ja również takie miałam); bo w końcu (a kupiłam książkę dzień wcześniej wiedziona chyba instynktem szeptuchy) autorka otrzymała Paszport Polityki. Za nie kupieniem książki natomiast przemawiała jedna i najważniejsza rzecz, która zawiera się w pierwszym i drugim zbiorze: własne, niedobre (eufemizm) doświadczenie związane z porodem i dość stresujący matczyny nowicjat.

Z bohaterką Fiedorczuk (która jednak Fiedorczuk nie jest, jak w zakończeniu książki wyjaśnia autorka – i to końcowe tłumaczenie jest akurat słabym punktem książki) utożsamiam się niczym z bliźniaczą siostrą. Podobne doświadczenie porodu, podobne doświadczenia związane z pierwszymi miesiącami życia dziecka i te także związane z poporodową cielesnością oraz brakiem jej akceptacji. Z wiecznym narzekactwem, łzami i złością (i to wieczne odtwarzanie na YouTubie utworu: Florence + the Machine „Dog Days Are Over” –  to akurat tylko ja, nie bohaterka). Jakbym ja tę książkę sama niemal napisała. Ale dość autokreacji i ekshibicjonizmu, bo nie o mnie (naprawdę?!) tutaj chodzi, ale o książkę. Ważną książkę, choć literaturę średnią, ciut niedopracowaną.

„Jak pokochać centra handlowe” to przede wszystkim opowieść o macierzyństwie. Trudnym, nieokiełznanym, macierzyństwie non-fiction. O rodzicielstwie współczesnym, które wpadło w imadło „wypada/nie wypada”. Bo bycie mamą to dziś albo bycie mamą fit, która harmonijnie łączy obowiązki matki i pracownika miesiąca, wieczorami podczytując książki Juula. Albo też bycie mamą w duchu slow life - totalnie oddaną macierzyństwu – wliczając w to posiłki wege i wyprawy za miasto do zaprzyjaźnionego rolnika po bio warzywa. Narzekactwo, frytki z fast fooda, kreskówki o wątpliwej moralności, stosy prania, nieporządek i chaos organizacyjny są obrazoburcze. Dlatego kłamiemy. Kłamiemy na potęgę. Sobie, rodzinie, przyjaciołom, znajomym z Facebooka. Że dajemy radę. Że jest tylko bosko (dobrze to przedstawiła autorka używając przykładu retuszowania i kadrowania rodzinnych zdjęć). Bo inaczej nie można, nie wypada mówić o porażkach. Oceny bowiem płyną zewsząd, a te najbardziej radykalne od innych młodych matek („Nie karmisz piersią? – twoje dziecko będzie miało spore deficyty”, „Nosiłaś na rękach – to teraz masz za swoje, bo się przyzwyczaiło”. Itd., itd.). I tu zdecydowanie książka Fiedorczuk jest czystą prawdą wydartą z trzewi każdej, podkreślam każdej, polskiej matki.

Książka ta, tak jak napisałam wcześniej, nie jest książką, która literacko, czy też językowo oszołamia (zdarza się, że autorka pisze o oczywistościach, z rzadka banalnie, częściej jednak błyskotliwie). Jednak jest to bardzo użyteczna literatura środka. „Jak pokochać centra handlowe” to opowieść, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu (jakby jeszcze było mi mało), że istnieje świat macierzyńskiej czerni, i że mówienie o niej w sposób otwarty, pomogłoby wielu kobietom uporać się z trudnym początkami macierzyństwa. Jej lekturę polecam także, a może nawet szczególnie, ojcom.

PS

Pamiętam jak zaraz po urodzeniu Synka wybraliśmy się z mężem na rodzinną, dość sporych rozmiarów imprezę. Jeden z moich licznych wujków zapytał jak się ma nasz Synek. Powiedziałam, że bardzo dobrze, że mało płacze i dużo śpi. Na co ciotka, która zaborczo obejmowała ramię wujka powiedziała z pretensją w głosie: „Nie karmisz, to na sztucznym będzie spał i całą noc”. Kurtyna.






[1] Swoją droga, czy ktoś potrafi mi wyjaśnić jak te wszystkie mamy z Instagrama typu: #mamaantosia, czy #mamamarysi utrzymują w ryzach jednocześnie swoje ciało, dziecko i dom?

niedziela, 8 stycznia 2017

Anatomia kłamstwa. „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezary Łazarewicz

[źródło]
Prawie każdy słyszał o sprawie Przemyka. Morderstwo maturzysty (obok śmierci Pyjasa, Popiełuszki, czy pacyfikacji kopalni Wujek), to jedna z najgłośniejszych zbrodni, która wstrząsnęła opinią publiczną PRL-u i w przypadku której, trudno mówić o szczęśliwy zakończeniu tj. uczciwym procesie i ukaraniu winnych. Cezary Łazarewicz, mimo wydawać by się mogło zgrania tematu, podjął mozolną próbę przedstawienia okoliczności śmierci Przemyka i opisu procesu sądowego, który miał niewiele wspólnego uczciwością. I zrobił to w sposób bardzo udany. „Żeby nie było śladów” czyta się na jednym hauście powietrza. Reportaż od początku trzyma w napięciu jak najlepszy thriller – mimo że fabuła jest już znana – i nie puszcza do końca. Książka Łazarewicza to mistrzowski mariaż literatury faktu i pisarskiego fechtunku.

„Żeby nie było śladów” można śmiało nazwać wiwisekcją całego ustroju. Dziś Polska lat 80. to zbiór przaśnych opowieści o trudnościach w zdobyciu wódki i wspomnień z uzdrowiskowych dancingów. Łazarewicz nie pozostawia złudzeń. Władza tamtego okresu: Kiszczak, Jaruzelski, czy też Urban to byli świadomi i bezwzględni gracze, którzy nie znali słowa przypadek. Śmierć Przemyka, czyli zakatowanie go przez milicjantów, a potem proces był pod ścisłą kontrolą rządzących i Służby Bezpieczeństwa. Nic nie mogło zostać przeoczone. Nieustanne śledzie i nękanie matki chłopaka Barbary Sadowskiej, przyjaciół rodziny i świadków; tworzenie alternatywnych wersji wydarzeń; mylenie tropów; agresywna propaganda w mediach; poświęcanie życia osób trzecich (np. pracowników pogotowia) – wszystko po to, aby zaciemnić obraz, aby udowodnić, że wersja zdarzeń ukuta przez władzę jest tą jedyną i słuszną. Każdy trybik w tej maszynie musiał być sprawdzony i działać bez zarzutów. Do tego stopnia, że do teraz pokutują nieprawdziwe przekonania m.in. o obronie koniecznej milicjantów a władze III RP, koniec końców, poniosły porażkę, gdyż nigdy nie udało się osądzić winnych.

Książka Łazarewicza to skrupulatne, uporządkowane świadectwo śmierci Przemyka i tego wszystkiego, co działo się potem. Pokazuje klaustrofobiczną atmosferę lat 80. i skupia się przede wszystkim na faktach. Autor dociera do żyjących jeszcze świadków i pokazuje sprawę z różnych perspektyw i poziomów. Jest to w końcu reportaż cholernie pesymistyczny, który wiele mówi o polskiej historii i nieudolnym rozliczaniu się z przeszłością. Warto znać. A nawet trzeba.