poniedziałek, 26 września 2016

(Nie)śmiertelny Kukuczka. "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście" Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Ze świecą szukać osoby, która nie kojarzy nazwiska Kukuczki. Nazwiska - człowieka legendy, który w przeciągu zaledwie ośmiu lat zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. Mówiono o Kukuczce: silny, uparty, prostolinijny, ale też bezwzględny. Zimowy wojownik, dla którego zdobycie kolejnego szczytu było nie tylko wyzwaniem, ale wręcz instynktownym imperatywem. Imperatywem, który to nieustannie domagał się kolejnego sprawdzianu siły i który, koniec końców, doprowadził do tragicznej śmierci himalaisty. I który też, co należy przyznać bezdyskusyjnie, leżał u zarania legendy Jerzego Kukuczki. Bo dla tego znakomitego wspinacza nie ważne były żadne „filozofie górskie”, żadne „romantyczne dyrdymały”. Dla niego liczył się cel, szczyt góry, próba siły (świetnie zresztą zostało to pokazane w książce w kontraście z postacią Wojciecha Kurtyki dla którego wspinaczka była rodzajem sztuki). Jak sam Kukuczka pisał:  

Moje życie jest przygodą górską. (...) Pamiętaj, podstawą alpinizmu, himalaizmu jest wspinaczka, dążność do góry. Reszta to brednie, trele - morele, które usprawiedliwiają słabość.

Kukuczka już za życia uznawany był za boga, legendę. W siermiężnych czasach PRL-u znalazł własny sposób na to by „robić swoje”, realizować pasję. Choć łatwe to nie było i wymagało tzw. genu polskiego, czyli po trosze cwaniactwa a po trosze sprytu (dorabianie na kominach, handel towarami deficytowymi, wsparcie władzy i polityczne manewry etc). Kukuczka, mimo trudności, pędził dalej i szybciej (solą w oku były dla niego osiągnięcia Reinholda Messnera). Nie oglądając się na przeciwności, czy też niebezpieczeństwo (często też spotykał się z zarzutami o narażania partnerów. Podczas przygotowań do jednej z wypraw młody wówczas Hajzer miał powiedzieć: Logicznie rzecz biorąc, nie powinienem z Tobą jechać, bo wszyscy wokół ciebie giną). Góry były dla niego wszystkim. I podobnie jak inni, wspinając się, miał poczucie nieśmiertelności (za Krzysztofem Wielickim).

„Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” Dariusza Kortko i Marcin Pietraszewskiego, to fascynująca opowieść o fascynującym człowieku. Okraszona sporym materiałem fotograficznym, jest publikacją, która przedstawia Jerzego Kukuczkę jako pełnokrwistego, nad wyraz ambitnego, ale też zdeterminowanego człowieka, który konsekwentnie realizował swoją pasję. Autorzy w sposób metodyczny starali się przedstawić Kukuczkę jako postać pełną zalet, ale też i wad. Eksplorując nie tylko pola zachwytu nad bohaterem publikacji, ale również grząskie grunty krytyki. Dlatego też „Kukuczka” to ciekawa i warta uwagi publikacja (choć zaznajomionych z literaturą górską może momentami nużyć), której lekturę polecam.




poniedziałek, 5 września 2016

Uniwersum smaków i zapachów. "Kumin, kakao i karawana. Odyseja aromatyczna" Gary Paul Nabhan

Ta książka jest długą i krętą drogą prowadzącą nas wstecz do korzeni globalizacji – deklaruje autor w podsumowaniu swej pracy. Tym także, można zgodzić się Nabhanem, ale jest jeszcze ponadto fascynującą, pełną pasji, sensualną opowieścią o przyprawach. Opowieścią, która łączy doznania trojakie – bo to doskonała uczta czytelnicza, poznawcza, ale też zmysłowa orgia smaków i zapachów. Autor, który w tak udany sposób pożenił wiedzę historyczną z wrażeniami czysto zmysłowymi, prowadzi czytelnika po szlakach handlowych Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Przenosimy się więc i w przestrzeni, i czasie. Stąpamy po piętach Krzysztofowi Kolumbowi i Marco Polo (swoją drogą był z niego niezły drań), ucztujemy wraz z Mahometem i cesarzem Chińskim dynastii Ming, w końcu grzeszymy razem z pierwszymi osadnikami Ameryki Południowej oddając się nieprawemu smakowi czekolady i chilli (aż ci katoliccy księża!). Podsumowując: zostajemy wciągnięci w interesującą opowieść pełną pasji i jakże przyjemnych doznań pozaliterackich.

Jak już wspomniałam wcześniej - książka amerykańskiego autora to nieprzebrane źródło wiedzy i informacji (a to wszystko okraszone bardzo przydatnymi dodatkami: mapami i zdjęciami). Bo czyż powszechna jest wiedza o tym, że: jedna z najstarszych przypraw to kumin? Że najdroższe kadzidło na świecie to olibanum, i że najbardziej pikantna i piekąca przyprawa to pieprz syczuański? A że kakao posiada cenne właściwości medyczne, kulinarne a nawet psychotropowe? I że na całym świecie można spotkać podobne przyprawy pochodzące z różnych zakątków świata, a wiele przepisów jest świadectwem przenikania się kultur? I w końcu, że szlaki handlowe służyły nie tylko wymianie towarów, ale też wędrujący kupcy byli nośnikami opowieści i informacji? Autor o wszystkich tych rewolucyjnych, i niektórych znanych już faktach, pisze z taką pasją i zaciętością (zresztą jego podróż nie jest czysto teoretyczna, ale także praktyczna), że aż trudno odmówić sobie przyjemności skosztowania któregoś z przepisów wymienionych w książce.

„Kumin, kakao i karawana. Odyseja aromatyczna” to książka, którą zasadniczą tezą jest imperializm kulinarny i globalizacja smaków. Podążając za autorem tym tropem – oczywiście trudno nie przyznać Nabhanowi racji. Drogocenne przyprawy i kadzidła były czynnikiem, których wartość skłaniała wielu podróżników i kupców do niebezpiecznych wypraw i przepraw. Dzięki wonnym rośliną wielu zdobyło sławę, ale też wielu straciło majątek lub popadło w szaleństwo. To aromatyczne substancje właśnie były przyczynkiem odkrycia nowych lądów, zbrojnego zdobywania tych znanych, a w konsekwencji śmierci niezliczonych nieszczęśników. Zatem w przypadku pogoni za bogactwem - od tysiącleci bez zmian.

Publikacja Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego to także książka nostalgiczna, która z lubością prawi o epokach, kiedy smak i zapach miał znaczenie nadrzędne. W czasach szalenie higienicznych, bezwonnych i próżniowych (nie mylić z próżnymi) - ta tęsknota jest jak najbardziej uzasadniona (choć należy pamiętać o odradzających się ruchach tzw. slow np. slow food).


Świetne, dopracowane merytorycznie i nad wyraz aromatyczne wydawnictwo.

***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"

niedziela, 4 września 2016

Zambijskie śledztwo i cała reszta. "Ogród spieczonej ziemi" Corban Addison

[źródło]
Współczesna Lusaka, Zambia. Trwa ciemna, nieprzenikniona, gwieździsta afrykańska noc. W tę noc ktoś uprowadza a następnie gwałci dziewczynkę z zespołem Downa. Odnaleziona kilka godzin później, jest w szoku i nie jest w stanie podać swojej tożsamości. Zespół do spraw zwalczania przestępczości seksualnej, której ofiarami są dzieci, zaczyna śledztwo. W skład zespołu wchodzi niezmordowana i waleczna Zoe Fleming, próbująca dociec kto i dlaczego, tak okrutnie skrzywdził niewinne dziecko. Akcja napiera tempa, śledztwo toczy się od jednego do drugiego tropu, a sprawiedliwość, koniec końców, zostaje wymierzona. Bo gdyby książkę Addisona pozbawić, dość „egzotycznego” jak na ten gatunek tła afrykańskiego, to „Ogród spieczonej ziemi” to dość klasyczny kryminał – jest motyw, przestępstwo, punkt kulminacyjny, i jest rozwiązanie zagadki. Jest też wątek romansowy między wspomnianą wcześniej Amerykanką Zoe a miejscowym stróżem prawa Josephem Kabutą. I zupełnie można by oddać się czystej rozrywce i przyjemności czytania dość zgrabnie skonstruowanej powieści, gdyby nie fakt, że autor miał ambicje, żeby swoją książką zwrócić uwagę świata i opinii publicznej na problem Zambii, i Afryki w ogóle, i rosnącą tam falę przemocy seksualnej względem dzieci oraz na epidemię AIDS.
Główna bohaterka Zoe Fleming to chodząca perfekcjonistka. Skończyła najlepsze amerykańskie uczelnie, jest córką milionera, a swym pięknem, inteligencją i uporem zdobywa wszystko, czego zapragnie. Nie inaczej jest w przypadku rozwiązywania zagadki gwałtu na upośledzonej dziewczynce. Mimo grożącego jej niebezpieczeństwa i nieufności względem osoby z poza Zambii (ba! mimo odmiennego koloru skóry) bez trudu prowadzi śledztwo i wydobywa wszystkie sekrety ze świeżo poznanych osób. Jest tak szlachetna i odda sprawie, że wręcz karykaturalna. Jednym słowem: książka z gwarancją happy endu.
Zambijczycy, jak wiele innych afrykańskich narodów, potrzebują wsparcia i pomocy, lecz nie jest to, jak chciałby autor, problem zero-jedynkowy. Tj. nie wystarczy wsparcie finansowe i problem się sam rozwiąże. „Ogród spieczonej ziemi” pełny jest nic nie znaczących ogólników i niestety, ale trąci myszką, czyli sentymentalną wizją Afryki rodem z książki Karen Blixen. Pomysł autora, żeby w popularnej literaturze przemycić istotne kwestie, tym razem, spalił na panewce.
Lecz mimo wszystko, jeśli odrzucić cały ten sztafaż humanitarny i utylitarny, to książkę Addisona czyta się całkiem znośnie i w swym gatunku mogłaby zasłużyć na dość zgrabną ocenę – bo ciekawy motyw, tajemnice i szybka akcja (choć bohaterowie dość jednowymiarowi). Zdecydowanie jednak autor przedobrzył. A szkoda.
***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"

środa, 24 sierpnia 2016

Stygmat koloru. "Czarny jak ja" John Howard Griffin

[źródło]
Amerykańskie Południe, rok 1959. John Howarda Griffin, biały Teksańczyk, postanawia wcielić się w rolę czarnoskórego mieszkańca regionu. Ten szanowany wśród „swoich” dziennikarz, muzyk, fotograf, działacz społeczny oraz bohater wojenny, decyduje, że jego metamorfoza będzie totalna. Goli więc głowę, przyjmuje środki wspomagające czernienie skóry, korzysta z lamp UV oraz farb i na kilka tygodni staje się czarnoskórym obywatelem Południa (zanim przyjęto sformułowanie „Afroamerykanin”, mówiono „Murzyn” – także tego określenia używa autor reportażu). I słyszy od białego mężczyzny:

Powiem ci, jak tu jest. Możemy z wami handlować. Rżniemy wasze kobiety. Ale poza tym może was nie być. Im prędzej to sobie wbijecie do głowy, tym lepiej dla was.

Griffin, korzystając z jednej z najbardziej widowiskowej, ale też najskuteczniejszej metody dziennikarskiej - reportażu wcieleniowego (zobacz także: „Z nowego wspaniałego świata” G. Wallraff), postanowił rozprawić się z mitem „amerykańskiej tolerancji i wolności”. W możliwy sobie sposób chciał też wpłynąć na poprawę losu czarnoskórych współobywateli. Jego działanie było swoistym aktem desperacji, ale też odwagi. I świadectwo tego, jak daleko można posunąć się w nienawiści i pogardzie do drugiego człowieka, uwzględniając jego kolor skóry.

Ludzie osądzali mnie, nie kierując się żadną inną cechą. Miałem ciemną skórę i to był wystarczający powód, by odmówiono mi praw i swobód, bez których życie człowieka traci głębsze znaczenie i sprowadza się w zasadzie do biologicznego przetrwania.

A jaką Amerykę, odkrył [sic!] Griffin w przebraniu? Silnie podzieloną (i to zarówno mentalnie, jak i prawnie – np. casus miejsc „tylko dla białych”), arogancką i hermetyczną, gdzie pojęcie równości było czystym abstraktem. W swojej nowej skórze często spotykał się z aktami nienawiści, dyskryminacji, wręcz przemocy. Nie wiele łatwiej było mu, gdy opublikował swój dziennik z czasu przemiany i trafił na czołówki gazet. Szykanowany przez (nie tylko zresztą) środowiska konserwatywne, często spotykał się z określeniem: „zdrady swoich”. Jednakże jego „czarna” podróż po Luizjanie, Missisipi, Alabamie i Georgii wywołała lawinę dyskusji o amerykańskiej tolerancji i stała się ważnym przyczynkiem do działań na rzecz równości.

Byłem tym samym człowiekiem, niezależnie od koloru skóry. Ale kiedy stawałem się białym, otrzymywałem braterskie uśmiechy i przywileje od białych, a nienawistne spojrzenia i niechęć czarnych. Kiedy zaś byłem Murzynem, biali patrzyli na mnie, jakbym był śmieciem, podczas gdy czarni traktowali mnie z wielką życzliwością.

„Czarny jak ja” to reportaż na wyraz uniwersalny. Autor, dość oszczędny w emocjach i do bólu rzeczowy, stara się krytycznie spojrzeć na społeczeństwo amerykańskie drugiej połowy XX wieku. Jego zdroworozsądkowe myślenie mogłoby być doskonałą pożywką dla współczesnych czytelników, gdyby jednak nie wziąć pod uwagę wszystkiego, co dziej się wokół nas (mam tu na myśli także rodzimą, zatrważającą politykę unifikacyjną). I dlatego trzymam mocno kciuki za to, żeby tekst „Czarny jak ja” czytało się tylko w kontekście klasyki reportażu, tudzież dokumentu historycznego.

***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"


niedziela, 21 sierpnia 2016

„Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku” Adam Hochschild

[źródło]
Adam Hochschild, który Południową Afrykę systematycznie od lat 60. odwiedza i eksploruje, napisał wnikliwy reportaż o historii tego nad wyraz niezwykłego, ale też niespokojnego kraju. I choć swoją opowieść zaczyna od wzmianek – o plemiennej przeszłości regionu, zahacza o kolonizację, o wojny burskie i prezydenturę Nelsona Mandeli - to jednak klamrą jego opowieści są dwa zdarzenia: bitwa nad Krwawą Rzeką 1838 r. oraz jej 150. rocznica zorganizowana przez konkurujące ze sobą ugrupowania Afrykanerów. Przez pryzmat tych dwóch, bardzo istotnych punktów w historii kraju, autor buduje obraz Republiki Południowej Afryki, skupiając się (precyzyjniej: starając się skupić) w dużej mierze na narracji przynależnej rdzennym mieszkańców regionu. Co jest oczywiście zadaniem dość karkołomnym, gdyż dominującymi źródłami wiedzy są te, które zostawił po sobie kolonizator. „Lustro północy” jest zatem dość ambitną, ale i udaną próbą charakterystyki kraju, który, także przez wzgląd na swoje położenie i zasoby naturalne, był i nadal jest areną nieustanych walk o wpływy i władzę.

Hochschild, znany zresztą polskiemu czytelnikowi z dwóch, bardzo dobrych wydawnictw: „Duch króla Leopolda” oraz „Pogrzebać kajdany”, bardzo wnikliwie i globalnie stara się spojrzeć na historię RPA. Scharakteryzować i ująć w ramy miejsce, które przez lata było bestialsko i nad wyraz brutalnie eksploatowane przez Brytyjczyków, Burów i kto tam się jeszcze nawinął (na marginesie: w ostatnich latach także przez „swoich” – elitarną grupę, która niekoniecznie myśli o wszystkich mieszkańcach, ale raczej skupiona jest na własnych interesach). Ale wracając jeszcze do rzeczonych punktów wyjścia: wspomniana wcześniej bitwa z 1838 roku jest dla niego zalążkiem wszystkiego, clou przeszłości RPA. Zdarzeniem, które zapoczątkowało niszczącą ekspansję białych:  

Starcie nad Krwawą Rzeką było dla południa Afryki przełomową bitwą w historii XIX wieku. Miała znaczenie symboliczne. Nie złamała siły militarnej Zulusów, ale ponad wszelką wątpliwość dowiodła, że niewielka liczba ludzi dysponujących bronią palną, nawet jeśli nie broni się w kamiennym forcie, może pokonać o wiele większą liczbę uzbrojonych w dzidy. Wieść o bitwie szeroko się rozeszła, a konsekwencją wysnutych z niej wniosków były wydarzenia następnego półwiecza: kontynuacja Wielkiego Treku, brytyjski podbój Rodezji, ekspansja portugalskich kolonistów z nadbrzeżnych faktorii w głąb lądu, brutalne zawładniecie Kong przez Belgów.

To zdarzenie, które stało się kluczem do podboju tej części Afryki, poniosło za sobą wiele konsekwencji, których skutki były i są widoczne po dziś dzień. Choćby wymienić: apartheid, który zdominował prawie cały XX wiek i represje względem czarnych działaczy, którzy walczyli ze zniesieniem niesprawiedliwego systemu, postać i działalność m.in. Terre'Blanche, Afrykanerzy i ich konserwatyzm, wyzysk czarnych robotników etc. – wyliczać, zdaje się, można bez końca. Autor finiszując swoją książkę skupia się jednak na elementach pozytywnych i na ewolucji politycznej regionu: na postaci Neslona Mandeli i Frederiku Willemie de Klerku, na rewolucji jaka dokonała się w RPA po roku 1994. Na zmianach, których symbolem jest przemianowanie burskiego święta upamiętniającego Wielki Trek – Święto Ślubowania - na ogólnokrajowe Święto Pojednania. Jednak, o czym autor zdaje się doskonale pamiętać, nie wszystko dziś jest tak idealne jak mogłoby się wydawać: […] W Południowej Afryce Trzeci i Pierwszy Świat są wszędzie w odległości kilkuminutowego spaceru. [Świetnie to zresztą przedstawia Wojciech Jagielski w dwóch swoich książkach „Wypalanie traw” i „Trębacz z Tembisy”].

Za tytuł książki posłużył autorowi fragment wiersza Breytenna Breytenbacha: Gdy patrzysz na Południową Afrykę, to tak, jakbyś spoglądał/W lustro o północy […] Przerażająca twarz, ale twoja. I ten wyimek jest na tyle klarowny, że nie trzeba go w żaden sposób tłumaczyć.

Książka amerykańskiego autora to dzieło zwarte i wyczerpujące. Mówiące w sposób skondensowany o burzliwej historii RPA, która to historia jest punktem wyjścia do rozważań o Afryce w ogóle. Wydawnictwo warte lektury i poznania.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarne




niedziela, 7 sierpnia 2016

Radość czytania, czyli na marginesie lektury „Książki o czytaniu” Justyny Sobolewskiej.

W tym poście nie będzie statystyk. Nie znajdziecie też w nim twardych informacji o tym, dlaczego warto czytać (rozwój, wiedza etc.), gdyż są to sprawy bezmiar oczywiste. Ten wpis będzie za to o mojej radości z życia z książkami i życia w książkach. Do wpisu zainspirowała mnie nieoceniona w zasługach dla literatury Justyna Sobolewska, która wznowiła niedawno (nakładem Wydawnictwa Iskry) swoją świetną „Książkę o czytaniu”. Publikację będącą właśnie hołdem lennym, hosanną, peanem na cześć i chwałę życia z książkami. A czy może być dla czytelnika coś przyjemniejszego niż lektura książki o książkach? (chciałam porównać to do czytania przez np. amatora pączków książki o wypieku pączków, ale jednak zdecydowanie lepiej pączka zjeść niż czytać o różnych rodzajach posypki i lukru). Ktoś nie w ciemię bity zaraz rzutko odpowie: tak! Może być coś ciekawszego! Lektura arcydzieł, lektura powieści przy których kręgosłup tężeje (za Nabokovem: Mądry czytelnik czyta książkę geniusza nie sercem, nie mózgiem nawet, ale kręgosłupem) i pewnie rację też będzie miał ten wyimaginowany sceptyk. Lecz lektura książek o książkach, to rzecz nad wyraz przyjemna i pokrzepiająca dla alfabetycznego heroinisty. Gdyż „Książka o czytaniu” jest doskonałym dowodem na to, że po świecie błąkają się bratnie dusze, dla których czytanie również jest sensem i paradygmatem egzystencji. Bo kto lepiej zrozumie czytelnika absolutnego niż drugi czytelnik absolutny? Kto wie z jakim ryzykiem wiąże się czytanie po szkolną ławką, pod kołdrą, w wannie, w tramwaju, w toalecie… - ten zrozumie. Wyjątkowe porozumienie, a co za tym idzie: wielogodzinne dyskusje nad problematyką zagiętych rogów, porządku na regałach, okładek w kontekście treść… - jakże Sobolewska o tym pięknie rozprawia. Podążając śladami i wraz z m.in. Jorge Borgesem, Anne Fadiman, Jackiem Dehnelem, Umberto Eco, Italo Clavino, Janem Gondowiczem uprawia wspaniałą, zaraźliwą i euforyczną (przynajmniej dla mnie) pochwałę czytania.

Książka Sobolewskiej jest moją biografią. Zawłaszczam książki, żyję nimi i z nich. Piszę po nich, zaginam całe strony, pożyczam, ustawiam w chybotliwe stosy i stosiska. Zakładam jedną drugą. Książki piętrzą się w moim domu w niemal każdym pomieszczeniu. Kurzą się i mimochodem zdobywają nowe przestrzenie i pomieszczenia. Próbowałam nad tym zapanować. Chybiona moja wiara w powodzenie. Egzemplarze recenzenckie, te zakupione własnym sumptem oraz egzemplarze z macierzystego wydawnictwa - rozprzestrzeniają się niczym dobra nowina. Podobno zawsze tak miałam. Legendarny jest już mój pierwszy stos, który wyrósł przy moim dziecięcym łóżeczku - najpierw eksplorowany z mamą, potem już samodzielnie (Plastusiu, jakże ja tęsknię!). I sielskie, mityczne już wakacje u babci, gdzie biblioteka była po drugiej stronie łąki/zaniedbanego boiska i do której to biegałam nawet kilka razy dziennie (I te emocje kiedy Gilbert w końcu poprosił Anię o rękę! I Siesicka jeszcze. Jeszcze ona!). Zawsze książki. Przystań i podpora – szczególnie w okresie dojrzewania jako forma, nie ma co ukrywać, eskapizmu. I dorosłe życie, życie zawodowe – praca najpierw  bibliotece, teraz w wydawnictwie. Ponadto, jestem, muszę przyznać z ciężkim sercem, trochę nazistą czytelinczym: nie ufam ludziom, którzy w domu nie mają książek. Nie rozumiem też, jak dobrowolnie można odciąć się od przyjemności jaką niesie za sobą lektura. Ale za to jestem egalitarna: nie ważne, co. Ważne, że się czyta. Wierzę, że każdy w swojej biografii czytelniczej dojrzewa z czasem do bardziej wymagających opowieści (jestem idealistką?). Kolekcjonuję słowa. Ufam, podobnie jak Kapuściński, że literatura może zmienić świat. A przynajmniej go tłumaczy. Nie jestem impulsywnym czytelnikiem. Ze względu na ograniczenia czasowe staram się dość świadomie podchodzić do wyboru lektury. A poza tym: innej drogi niż droga czytelnicza nie znam i nie mogę/nie chcę sobie wyobrazić:

[…] literatura nie jest od dostarczania dowodów na istnienie ładu świata. Od tego jest nauka. Literatura wydobywa z ludzkiego istnienia sprzeczności, komplikację, bycie „za, a nawet przeciw” równocześnie. Udowadnia, że można – jak autor – wierzyć w utopię i twardo stać na ziemi; być emocjonalnym prawicowcem i racjonalnym lewicującym progresistą.
 „Dobrze się myśli literaturą” Ryszard Koziołek 

Tę wiarę w literaturę staram się przekazywać synkowi. Na razie idzie nam bardzo dobrze. Przecież czytanie ma we krwi ;)


Zbliża się urlop. Za plecami Sobolewskiej dumnie prężą się tytuły, które wybrałam sobie na ten czas swawoli.
Czytajcie a będziecie szczęśliwi. Jestem na do doskonałym, nieustępliwym i żyjącym dowodem :)

niedziela, 24 lipca 2016

Patchworkowa recenzja intymna. „Małe życie” Hanya Yanagihara

Gdy cztery lata temu leżałam na sali poporodowej krótko po narodzinach mojego synka, będąc jednocześnie w stanie ekscytacji i przerażenia, w pokoju razem ze mną była także inna mama. Kobieta, która urodziła swoją maleńką córeczkę przez cesarskie cięcie, i która leżała w szpitalu położniczym od 2 miesiąca ciąży. Wcześniej stoczyła walkę o życie siedmioletniego synka chorującego na białaczkę, a jeszcze wcześniej straciła córeczkę, która zmarła zaraz po urodzeniu. Przywołuję jej historię, która tak mocno, tak sensualnie wręcz wdrukowała się w moje doświadczenie, ponieważ było to pierwsze wspomnienie, które podsunęła mi podświadomość po lekturze „Małego życia” (choć wspomnień innych, równie bolesnych przywołała znacznie więcej). Niesprawiedliwość – można by rzecz. Ale jak już się rzeknie, to trzeba by wierzyć, że istnieje coś takiego jak sprawiedliwość i/lub bóg. Jakby ktoś zmyślnie obdzielał równo cierpieniem i nieszczęściem/szczęściem. Jakby ból był mierzony na kilogramy. Gówno prawda – nieprawda. Dlatego właśnie historia Jude'a tak mocno mną wstrząsnęła, bo jest tak bardzo możliwa. Bo jest także dojmującym przykładem na to, i jakkolwiek banalnie to zabrzmi, że życie jest dla niektórych trudne i nie do zniesienia. Ale także, że życie (o ironio!)  jest też momentami znośne. Momentami.

Moje życie, pomyśli, moje życie. Więcej pomyśleć nie zdoła i będzie powtarzał te słowa w kółko - trochę kantyczkę, trochę przekleństwo, trochę krzepiący refren - osuwając się w ten inny świat, który odwiedza, gdy włada nim taki ból, świat, który nigdy nie jest daleko od jego własnego, ale którego potem nigdy nie pamięta: Moje życie.

„Małe życie” to historia czwórki przyjaciół: JB (malarz), Malcolma (architekt), Willema (aktor) oraz Jude'a (prawnik). Jude'a, którego życie stanowi kręgosłup opowieści i wokół którego oscylują inni bohaterowi. Całą czwórkę poznajemy w momencie, gdy kończą studia i przenoszą się do Nowego Jorku. Żegnamy się zaś z nimi już jako dorosłymi, ukształtowanymi przez wiek i doświadczenie (postaram się nie spoilerować, choć to trudne). Wszystko zaś to, co dzieje się pomiędzy, jest zapisem (peanem na cześć) przyjaźni, poświęcenia, ale też świadectwem ogromnego cierpienia i traumy. Przekleństwa pamięci, z którą co rusz przegrywa (bo wygrać nie można) Jude i reszta, starająca mu się nieustanie pomóc grupa przyjaciół. Dla czytelnika autorka także nie przewidziała taryfy ulgowej. Dość swawolnie, żeby nie powiedzieć bezwzględnie, żongluje naszymi emocjami. A ascetyczny język tylko pogarsza/uwypukla problem. Jakby pisarka, która szafuje realistycznymi opisami, znalazła bezpośrednie dojście do jądra naszych trzewi. Świat wykreowany przez Yanagiharę to świat, którego się nie zapomina. To świat, który (jednak) uwiera.

Płakałam nad losem Jude'a raz. Już kończyłam książkę, już czułam się w miarę bezpiecznie, gdy nagle pojawiło się to kluczowe zdanie:  

(…) bo nareszcie, nareszcie, otrzymał zdolność wiary w rodzicielską opiekę, wiary w to, że dla kogoś jest wyjątkowy pomimo swoich błędów i wad, z powodu swoich błędów i wad.

Jude potrzebował kilku dekad, żeby odkryć to prostą i zasadniczą prawdę. Ja się jeszcze tego uczę.

Lektura „Małego życia”, trawestując słowa Hrabala, jest jak uderzenie w pysk. Trudno pozbierać się po takim nokaucie. Jedno jest pewne – dawno żadna książka mnie tak nie rozłożyła na łopatki. Dawno żadna.

Kończę tę recenzję odkładając „Małe życie” Yanagihary na specjalną, podręczną półkę, gdzie miejsca jest nie wiele, ale dumnie pysznią się tylko i jak na razie trzy wyjątkowe dla mnie tytuły: „Cesarz” Kapuścińskiego, „Fikcje” Borgesa oraz „Sto lat samotności” Marqueza.

***