„Matko, ja do Ciebie!”, czyli rzecz o Jodi Picoult i jej powieści „Dziewiętnaście minut"




Określiłabym przeczytanie tej książki mianem „wyzwanie i przetrwanie”. Wyzwanie, gdyż „dzieło” to liczy sobie prawie 700 stron! Siedemset długich, nudnych stron. Przetrwanie natomiast, gdyż wstrzymać do ostatniej strony tej książki wymaga wielkiego, naprawdę wielkiego hartu ducha. I mogłabym w tym miejscu umieścić naprawdę długą listę rzeczy, które mi się nie podobały w tym tekście, ale ograniczę się do trzech najważniejszych, gdyż lista ów byłaby długa, oj tak! A więc: schematyczna fabuła, schematyczni bohaterowi, schematycznie zarysowana problematyka. Akcja jest tak przewidywalna jak fakt, że po nocy przyjdzie dzień a po dniu noc. Pani Picoult prezentuje nam głównego bohatera Petera, który gnębiony i szykanowany w szkole postanawia zemścić się na prześladowcach i powystrzelać połowę szkoły. Tytułowe dziewiętnaście minut to czas w jakim główny bohater zabija śmietankę towarzyską Sterling High. Oczywiście, jak się można było spodziewać mamy tu próbe wyjaśnienia dlaczego doszło do tragedii, rozterki otoczenia co skłoniło młodego człowieka to tak drastycznych posunięć (nic tu nie dzieje się przez przypadek, oj nie! – co drobiazgowo autorka nam, rzecz jasna wyjaśnia), próbę poradzenia sobie środowiska małego miasta z ogromem tragedii, a wszystko to napisane bardzo prostym (aż przezroczystym!) językiem. Myślę, że nigdy więcej nie sięgnę po kolejne książki tej pani, gdyż wydaję mi się, iż wiem czego mogę się po nich spodziewać. Jedna wystarczy, aż nadto! I tylko dlatego, że Jodi Picoult, stworzyła powieść tak pedagogiczną, że aż zęby zgrzytają:

Moja ocena: 2.5/6

W końcu czytam-długo oczekiwaną (przeze mnie) książkę  Witolda Szabłowskiego – „Zabójca z miasta moreli”. Potem kolejna rzecz Hugo-Badera. Szykuje się dobry czas czytelniczy.

Przez długi czas męczyłam się z moim blogiem, gdyż  miałam problem z tytułową stroną. Nie wyświetlały mi się wszystkie posty i gadżety. Teraz po licznych (dochodzących w setki) próbach udało mi się go przezwyciężyć. Nie miałam bowiem pojęcia, że pierwsza strona może zawierać tylko 1MB danych! Ale już po kłopocie.

W poniedziałek Dania. Ahoj! 

Komentarze

  1. Mam tę książkę na półce - zainteresował mnie jej opis na okładce. Teraz mnie trochę wystraszyłaś, ale i tak kiedyś podejmę próbę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Futbolowo- myślę, że warto ją mimo wszystko przeczytać. Sprawdzić osobiście pisarstwo Picoult, wyrobić sobie własne zdanie. Moje niestety nie jest zbyt pochlebne. To po prostu nie moja literatura. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja ją przeczytałam z pewnym zainteresowaniem, mimo że w pewnym momencie zaczęła mi się dłużyć. Taki to już styl pisania ma ta autorka. Przeczytałam do tej pory trzy powieści i powiedziałam sobie, że starczy (czwartą zaczęłam i dałam sobie spokój).

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję samozaparcia! I bodaj popełniłaś pierwszą otwarcie krytyczną recenzję Pani Picoult, więc tym ciekawiej mi się czytało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nutto - niestety pisarstwo Jodi Piocoult nie jest moim "typem" pisarstwa. Uważam, że posługuję się pewnym schematem, który maksymalnie wykorzystuje we wszystkich swoich powieścich. Podziwam, że wytrwałaś przy trzech pozycjach :)

    Zosik - dziękuję :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha! Dziękuję! Bo już mi się wydawało, że coś ze mną nie tak, skoro nie podobała mi się inna książka tej pani ("Bez mojej zgody")! Czekam z coraz większym zainteresowaniem na Twoje recenzje, ponieważ coś mi mówi, że gusty mamy podobne:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Osobiście ta książka należy do moim ulubionych autorstwa Picoult (może jeszcze "Przemiana" i "jesień cudów"), a Twoja recenzja jest pierwszą negatywną. Może i była przewidywalna (nie odczułam tego), ale dla mnie to książka z morałem, o życiu. Oczywiście szanuję Twoje odmienne zdanie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.