(Nie)zapomniany Wańkowicz oraz fikcja w reportażu, czyli słów kilka o książce Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm



Aleksandra Ziółkowska - Boehm "Na tropach Wańkowicza po latach"

Melchior Wańkowicz to ojciec i mistrz polskiego reportażu. Każdy, niezależnie od pozycji społecznej, stanu posiadania i pochodzenia, znał nazwisko autora „Tworzywa”. Wańkowicz osiągnął to, co udało się nielicznym – zyskał uznanie zarówno wśród czytelników jak i krytyków. Jego książki przepisywane, wyciągane „spod lady” były cennym nabytkiem, dobrem, czytelniczym rarytasem. Celowo używam czasu przeszłego, bowiem wydaje się, że o Wańkowiczu, ostatnimi czasy, literacki (trafniej – czytelniczy) świat zapomniał. Na wiele lat, pisarz, zniknął z półek księgarń, z listy lektur szkolnych. Jego dzieła nie były wznawiane, czas rozliczeń po 1989 również nie sprzyjał popularności reportera. Niejasne przyczyny powrotu do Polski w 1958, możliwość wydawania, w jakże dużych nakładach mimo wcześniejszej emigracji politycznej, tworzyły wokół autora aurę tajemniczości i podejrzeń.
Lecz czy tylko wyżej wymienione powody są przyczyna „nie czytania” Wańkowicza dziś? Zresztą, kto teraz o tym pamięta. Być może problem leży w samym pisarstwie autora? Języku reportera? Tematyce?! Dlaczego tak fascynująca postać jaką był Wańkowicz ginie w mrokach przeszłości? Czy autor „Karafki La Fontaine'a” nie odpowiada gustom współczesnego czytelnika i fascynuje dziś tylko pasjonatów jego prozy? Dlaczego nie promuje się nazwiska autora? Jaki dziś jawi się nam ten wybitny pisarz, którego wielu ceni, wielu oddaje hołd, lecz nikt nie czyta? W poszukiwaniu odpowiedzi, na te jakże liczne pytania, o twórczość i życie Melchiora Wańkowicza może pomóc nam – czytelnikom, pasjonująca i poruszająca książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Na tropach Wańkowicza po latach”.

„Na tropach Wańkowicza…” to tekst asystentki i przyjaciółki reportera. Książka prezentuje i wyjaśnia „punkty zapalne” w biografii pisarza. Mamy zatem rozdziały poświęcone wojennym losom pisarza, relacjom rodzinnym, emigracji, stosunkiem intelektualistów polskich do autora „Kundlizmu”, polemikom co do jakości jego prac. Wiele problemów z którymi na co dzień musiał zmagać się Wańkowicz zostało w książce Żółkiewskiej precyzyjnie i wyczerpująco opisanych. Autorka z dużym obiektywizmem stara się zaprezentować Wańkowicza nie jako człowieka legendę, lecz jako człowieka, który również ulega słabością, popełnia błędy. Książka „Na tropach Wańkowicza…” nie jest lekturą, którą można przeczytać bez, chociaż wstępnej, znajomości biografii reportera. Wiedza ta jest niezbędna, aby nie pogubić się w meandrach niezwykle bogatego życia autora.

W książce znalazło się również miejsce dla moim zdaniem najciekawszego, teoretycznego rozdziału poświęconego twórczości Wańkowicza - „Król reportażu”, który wyjaśnia niebagatelną rolę autora „Na tropach Smętka” w  tworzeniu gatunku literackiego jakim jest literatura faktu. To właśnie Wańkowicz wyprowadził go na salony literackiego świata. Jak pisze Ziółkowska:

„Panowanie nad słowem, umiejętność tworzenia nastrojów ulotnych, plastyka obrazów, skrótowość świadczą o predyspozycjach pisarza. Natomiast żyłka tropiciela rzeczywistości, umiejętność znalezienia się wszędzie, gdzie dzieje się coś interesującego, godnego opisu, owa zachłanność na konkret życiowy, na wydarzenie, wyścig z czasem – to wszystko wykazuje na przynależność do dziennikarstwa, reportażu, w najlepszym tego słowa znaczeniu”[1]

W dalszej części tegoż rozdziału autorka przedstawia funkcjonowanie fikcji w pracach Wańkowicza, szerzej w całej literaturze faktu.  Jest to o tyle ciekawe, iż wyjaśnia również wiele nieścisłości związanych z twórczością Kapuścińskiego. Jak pisze autorka (pozwolę sobie zacytować dłuższe, aczkolwiek znaczące fragmenty):

(…) Reportażysta tym się różni – zdaniem Wańkowicza – od beletrysty, że nie zmyśla, ale „kombinuje” zaobserwowane fakty i postaci. Czyni to w imię typowości. Powieściopisarz natomiast może bez pierwowzoru się obejść, może swobodnie myśleć”[2]

I dalej czytamy:

„Do dziś właściwie niewyjaśnione są problemy funkcjonowania fikcji w reportażu. (…)W latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych narodził się new jurnalism, który się niebywale rozwinął. Przedstawiciele tego gatunku, jak Norman Mailer, Kurt Vonnegut, Thomas Pynchon, Philips Roth, Tom Wolfe dokonali rewolucji w dziedzinie tradycyjnych pojęć gatunków literackich. Autorzy ci bowiem wprowadzili dziennikarstwo do literatury. Tworzywem stały się fakty wzięte wprost z życia, otoczenia, opisywane za pomocą różnych technik literackich. Istotą tego gatunku jest rozluźnieni wszelkich form, nie istnieje podział na technikę  pisania rozprawy, eseju, opowiadania, noweli itp. (…).
W Polsce Ryszard Kapuściński w pełni uznawał tę zasadę i stosował się do niej.”[3]

Co istotne i poruszające w kontekście prac autora „Tworzywa”, ale przede wszystkim Kapuścińskiego:

„Reportaże Kischa na przykład są montażem prawdy i fikcji, reportażysta radziecki Owieczkin zaś pod jednym powtarzającym się w wielu reportażach nazwiskiem przedstawił setki zdarzeń z życia rzeczywiście istniejących osób.”[4]

Jakoby potwierdzeniem, faktu iż dobry reportażysta nie zawsze musi być na miejscu wydarzeń, nie potrzebuje znać zdarzeń z autopsji,  prawdy linearnej jest jedna z najbardziej cenionych książek Wańkowicza „Ziele na kraterze”. Przejmujące obrazy z okupowanej Warszawy, śmierć córki. Wańkowicz osiągnął mistrzostwo.

Jako swoistą ciekawostkę,  w  rozdziale „Król reportażu” Wańkowicz ze znanym sobie humorem prezentuje cechy, które powinien posiadać każdy dziennikarz/reporter. I tak, aby być doskonałym w zawodzie należy cechować się:
Po pierwsze:
- ciekawością (potwierdza do również Kisch), mieć tzw. „klapy chłonne”
Po drugie:
- otwartość na rzeczywistość w której się znajdujemy
I w końcu po trzecie:
- oraz tzw. „renta dodatkowa” – potrafimy również „po reportersku” patrzeć.

Wańkowicz daje nam przepis. Określa jasno działanie, które prowadzi do mistrzostwa warsztatu.

Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm to ważny tekst, który ponownie zwraca nam uwagę na nieco już zapomnianą postać Wańkowicza. W pełni oddaje niezwykłą osobowość reportera, zachwyca ilością informacji i nieznanych faktów. Może być przyczynkiem do fascynacji postacią mistrza literatury faktu. Bowiem należy pamiętać, że jeśli nie zna się prac autora „Bitwy o Monte Cassino” nie można mówić o polskim reportażu w ogóle.

P.S. Pod koniec września 1939 roku pod ostrzałem Wańkowicz przeszedł wpław Dniestr, niosąc w rękach maszynę do pisania. Oto mistrzostwo godne fascynacji każdego!

***
Pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm napisał do mnie przemiłą wiadomość w związku z recenzją.
Za co serdecznie dziękuję :)
***
Przepraszam za długa nieobecność. Okazuje się bowiem, że praca bibliotekarza to strasznie zajmujace zajęcie:) Nadrabiam zaległości tym długim, powyższym tekstem :)

[1] A. Ziółkowska-Bohem,  Na tropach Wańkowicza po latach,  Warszawa 2009, s. 63.
[2] Ibidem, s.63.
[3] Ibidem,  s.65.
[4] Ibidem, s. 66-67.

Komentarze

  1. Nie przejmuj się, jeszcze nie zaczęliśmy się zamartwiać :>

    Trochę czuję ostatnio przesyt literaturą faktu, a już biografiami w szczególności, no ale... WAŃKOWICZ.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fabulitas -
    dzięki :) zawsze mogę liczyć na moich stałych Czytelników :P

    Właśnie W-A-Ń-K-O-W-I-C-Z!

    A ja mogłabym czytać literaturę faktu praktycznie cały czas. Już taki ze mnie Żbik. Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  3. Wańkowicz rządzi, szczególnie "Tworzywo" i "Szczenięce lata". A "Na tropach Smętka", czyli jego koronny reportaż, jest moim zdaniem za mało osobisty, za dużo tam faktografii spisywanej skąd się dało. Natomiast co do popularności: są autorzy modni i niemodni, akurat Wańkowicz zalicza fazę "niemodny", nie sądzę, że zmieniło to nowe wydanie jego dzieł w zaporowej cenie. I raczej nic tu nie mają do rzeczy pogłoski niechętne temu autorowi, o nich już po prostu nikt nie pamięta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zacofany.w.lekturze -
    "Tworzywo" rewelacja. Czytałam na bezdechu :)
    Faktycznie Prószyński poszalał z cenami.
    Myślisz, że to tylko kwestia mody? Czytałam "Tworzywo" całkiem niedawno, przed rokiem i myślę, że problem tkwi jednak w języku, stylu. A może się mylę, może faktycznie kwestia (nie)czasu.
    Serdeczności na niedziele.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zjadło mi komentarz:( To jeszcze raz:P Żeby móc się odnieść do języka i stylu, trzeba najpierw trafić do autora. A z tym jest kiepsko, kiedyś chociaż na liście lektur szkolnych był.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kilka lat temu czytałam "Szczenięce lata" i "Ziele na kraterze", fajnie się czytało, przyjemna lektura, ale jakoś specjalnie Wańkowicz nie zrobił na mnie wrażenia, nie utkwił mi w pamięci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zacofany w lekturze -
    Masz oczywiście racje, chocaż kurcze, "Zmierzch" nie jest na liscie lektur :)
    Za moich czasów niestety Wańkowicza nie było na liście lektur. A szkoda:)pozdrawiam.

    Kitty -
    ciekawe co jest przyczyna, że Wańkowicz nie zachwyca? Ja dopatruję się w zbyt słabej reklamie jego pisartwa. A może to już nie jego czas?...Trudna sprawa...

    OdpowiedzUsuń
  8. zacofany.w.lekturze28 lutego 2011 09:40

    @the_book: ale "zmierzch" spada na ciebie, dosłownie, z półki w każdym markecie. A Wańkowicz kurzy się spokojnie w bibliotekach i póki znowu się jakiś skandal nie rozpęta, że kapuś czy co, to będzie tak stał:(

    OdpowiedzUsuń
  9. zacofany w lekturze -
    Niestety masz racje z tym wszechobecnym "Zmierzechem" i skandalem. A niech tam! Może należy rozpocząć kampanie na rzecz "wskrzeszenia" książek Wańkowicza ? :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To czas na sążnistą recenzję "Tworzywa" albo "Ziela":)

    OdpowiedzUsuń
  11. I tak nalezy sie cieszyc ze jakies wydawnictwo wlasnie powoli wznawia Melchiora. Jeszcze pare lat temu był zupelnie niewidzialny na polkach ksiegarn, teraz jest przynajmniej pierwsza iskerka do wskrzeszenia go z popiołow niepamieci ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wznawia, tylko co z tego? Widziałaś cenę? To raczej edycja dla tych, którzy chcieliby wymienić kiepskie peerelowskie wydania na coś solidniejszego:P Ale iskierka się tli i może coś z tego będzie:P

    OdpowiedzUsuń
  13. Cóż za wspaniała pozycja... Mnie zachęciłaś, aż mi przykro, że nie spisałam sobie jej tytułu przed poniedziałkiem, kiedy znowu nawiedziłam jak tajfun biblioteczne półki. Uczynię to następnym razem :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Peek-a-boo-
    masz rację "iskierka nadziei", ale ceny faktycznie zaporowe jak pisze "Zacofany w lekturze". A szkoda bo wznowienia ważna rzecz :) Serdeczności

    Barbara Silver -
    polecam serdecznie, bo rzecz rewelacyjna :) podrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.