Erynie i inne kobiece tożsamości

[źródło]
Salman Rushdie w swojej autobiografii „Joseph Anton” przypomina o heterogeniczności istoty ludzkiej - tej funkcjonującej w realnym świecie oraz tej, którą odnaleźć możemy na kartach powieści. Ta wieloraka tożsamość „pozwala znaleźć czytelnikowi płaszczyznę porozumienia lub punkty styczne z panią Bavary, Leopoldem Boomem, pułkownikiem Aurelianem Buendią, Raskolnikowem, Gandalfem Szarym (…). A także z najciekawszym polskim bohaterem literackim ostatnich lat – Konstantym Willemannem. Szczególnie zaś czytelnikowi z obszaru Rzeczypospolitej, któremu słowa (dość, wydawać by się mogło, nadużywane ostatnimi czasy) – Bóg, honor, ojczyzna - nie są obojętne (mówimy o emocjach pozytywnych, jak i negatywnych). Postać, którą powołał do życia Szczepan Twardoch w „Morfinie”, to postać wielowątkowa i wieloznaczna, która wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Mistrzowsko wykreowana, złożona z pierwiastków polskich i antypolskich, prowadzi nas nie tylko ulicami zniszczonej – zgwałconej – jak mawiał bohater – Warszawy, ale także jest naszym przewodnikiem po odmętach duszy ludzkiej, dla której nie istnieją słowa takie jak „powinność”, „godność”, „dobro ogółu”,  ale raczej bliższe mu są pojęcia „egotyzm” i  „partykularyzm”. Wspaniała postać. Zaprawdę długo wyczekiwana.

„Morfina” to książka, która igra z mitem polskości i nadwyręża go do granic przyzwoitości. Akcja powieści dzieje się jesienią 1939 roku, kiedy to już wszystkie karty w rozgrywkach polsko-niemieckich zostały rozdane. Główny bohater publikacji to syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki wychowany przez matkę w duchu „polskiej sprawy narodowej”. Trzydziestoletni mąż i ojciec, ale także kobieciarz, precyzyjniej – dziwkarz, morfinista, hulaka, któremu wojna znacząco utrudniła życia, lecz nie na tyle, aby nie móc kontynuować przedwojennego trybu życia. Snuje się więc ulicami stolicy próbując zdobyć fiolkę narkotyku, czasami wstąpi do „Ziemiańskiej” na wódkę i dobrą kawę, przy okazji odwiedzi też żonę i syna, nie zapomni także o swej żydowskiej kochance Salome. Gdzieś po drodze, na swoje nieszczęście, spotka Stefana Witkowskiego – przywódcę tajnej polskiej organizacji, który wciągnie go w działania konspiracyjne przeciwko okupantowi hitlerowskiemu.  Kostek – Konstanty Willemanna, którego tożsamość to mieszanka krwi niemieckiej i polskiej, zniechęcony, sceptyczny a może po prostu znudzony zgodzi się działać na rzecz organizacji Witkowskiego, tym samym Polski. Tchórz, któremu przyszło grać role bohatera i który na tyle dobrze ją zagrał, iż uwierzył, że naprawdę nim jest. I w końcu Dzidzia – kobieta, która nadała jego istnieniu sens. Przynajmniej w tą jedną prawdę starał się wierzyć do końca. 

Tak więc i polska brać czytelnicza doczekała się swojego antybohatera. Trudno nie nawiązać do „Łaskawych” Littella, gdzie figura antybohatera właśnie, została doprecyzowana do perfekcji. Zresztą to nie jedyne styczne tych dwóch powieści. Czas wojenny także sprzyja konfrontacji. Lecz o ile Maximilian Aue doczekał się transformacji Erynii w Eumenidy, naszemu bohaterowi przyszło trwać w objęciach tych pierwszych – bogiń zemsty. I tu dostrzegam jedyny zgrzyt – nazbyt przewidywalne zakończenie (to chyba pięta achillesowa rodzimych powieściopisarzy – patrz Joanna Bator „Ciemno, prawie noc”)

Tekst Twardocha to fenomenalna proza. Zachwyca i pochłania bez reszty. Nie sposób wymienić wszystkich jej zalet. Od dokładnie przedstawionej topografii Warszawy i wyznaczników życia wojennego, przez barwną charakterystykę bohaterów, po dynamiczną fabułę. Fragmenty narracyjne zdominowane przez pierwiastek żeński – zachwycają. Jak ktoś słusznie zauważył – transowa powieść – zniewala i uzależnia.

Cytat za: Salman Rushdie "Joseph Anton. Autobiografia", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2012

 ***
Przepraszam za tak długie milczenie (chyba najdłuższe w historii), które spowodowane było wcale nie tym, że po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy i nie mam na nic teraz czasu, lecz raczej tym, że moje recenzje grzecznie czekają w kolejce do publikacji na kilku portalach literackich. Ale za to niedługo mój blog to będzie morze obfitości (wspaniałości?!), zaprawdę! ;) Bo bez czytania i pisania to jak bez tlenu.
W podziękowaniu za cierpliwość dwie niespodzianki:

1. Muzyczna: 



2. Fotograficzna - "Pisarze i koty"

[źródło] - Julio Cortázar i "Bestiario"


Do zobaczenia niebawem! :)

Komentarze

  1. Właśnie niedawno kupiłam tę książkę i po tej recenzji już nie mogę się doczekać kiedy się za nią wezmę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miętowe Listki - rewelacyjna rzecz. Satysfakcja gwarantowana :)

      moc serdeczności :)

      Usuń
  2. No i narobiłaś mi smaka na Morfinę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata A. - przepraszam ;) ale zapewniam i daję głowę za pełną satysfakcję literacką :)

      moc serdeczności :)

      Usuń
  3. Po takiej świetnej recenzji mam ochotę sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sima - dziękuję a książkę gorąco polecam :)

      Usuń
  4. Zgadzam się ze wszystkim, oprócz "nazbyt przewidywalnego zakończenia" - ono było zapowiedziane już na samym początku przez wszechwiedzącą narratorkę, więc trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu, po prostu konsekwentne domknięcie wątku :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dawid - no może precyzyjniej - schematyczne! Ale powieść Twardocha czytałam w pociągu, więc coś między stacjami mogło mi umknąć ;)

    serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę ogromnie tej literackiej uczty, mam zamiar też się za nią zabrać już wkrótce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imani - polecam gorąco - satysfakcja gwarantowana :)

      serdeczności :)

      Usuń
  7. Dla mnie jedna z najlepszych książek ostatniej dekady. Już jestem ciekawa tegorocznych werdyktów jury różnych nagród literackich. Piszesz, że Kostek jest najciekawszym bohaterem ostatnich lat, zgadzam się z Tobą, ale ja ciągle jestem zafascynowana narratorką tej powieści, dla mnie to najciekawsza narratorka ostatnich lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mag- właśnie, właśnie - ciekawe komu przypadnie np. tegoroczna Nike. Naprawdę świetna książka i naprawdę cieszy fakt, że to nasza rodzima produkcja. No i czekam na kolejne jego książki z wielką niecierpliwością.

      moc serdeczności:)

      Usuń
  8. Dzisiaj zaczęłam... I jestem na ok. 100 stronie. Niesamowita! Niby najpierw jęknęłam, że znowu jakieś koterskie z językiem zabawy (przyprawione pseudogombrowiczem) mnie czekają, ale 5 stron dalej już tego języka nie dostrzegałam, a jak już to w pełnie pozytywnie.
    Idealna książka na wyrwanie mnie z czytelniczego kryzysu (a od 2 tygodni takowy przechodziłam). Coś się w literaturze polskiej rusza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależna - świetna i wciągająca rzecz. Ja również przeczytałam ją w mgnieniu oka. Też się bałam troszkę, że to taki eksperyment językowy etc., ale "Morfina" okazała się rasową powieścią. Zdecydowanie. Czytałam (chyba w "Polityce") wywiad z Twardochem i w jego zamierzeniem było stworzyć powieść wręcz klasyczną.

      Oj, rusza się rusza :)

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Och byłam równie zachwycona, co i Ty. Może nawet bardziej!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.