Literacki upór i geniusz ze szczyptą uzasadnionej megalomanii

[źródło]

W znakomitej i debiutanckiej książce „W Patagonii” Bruce Chatwin przekonywał siebie i potencjalnych czytelników: Moim bogiem jest bóg piechurów. Jeżeli maszerujesz wytrwale, nie potrzeba ci innego boga. Wędrówka, radość chwili, ale przede wszystkim upór stanowią główne wyznaczniki tekstu angielskiego autora. Pisząc te słowa Chatwin nie był świadomy faktu, że kilkadziesiąt lat później, jego najbliższy przyjaciel – Salman Rushdie popadnie w niemałe kłopoty i że właśnie słowa - upór, później bóg (koniecznie pisany małą literą) a także (metaforyczna) podróż - staną się kwalifikatorami życia autora „Dzieci północy”. Lecz w zupełnie innym kontekście i okolicznościach. W zupełnie innej przestrzeni i czasie. Punkt styczny lub precyzyjniej, punkt krytyczny ich wspólnej historii przypadnie na dzień 14 lutego 1989 roku. Dzień zakochanych i, jak się okazało później, także dzień triumfu nienawiści. W cerkwi prawosławnej na Moscow Road w Bayswater odbyła się ceremonia żałobna poświęcona niedawno zmarłemu Chatwinowi. Także w tym dniu ajatollah Chomeini ogłosił fatwę przeciw autorowi „Szatańskich wersetów”. Koniec i początek trudnej wędrówki wymagającej nie lada wysiłku.

Salman Rushdie, inaczej Joseph Anton – imię, które autor przybrał ukrywając się w cieniu wojującej i rozognionej fatwy. Imię, które zapożyczył od dwóch wielkich pisarzy - Czechowa i Conrada, i którym to imieniem przyszło mu się posługiwać przez kolejnych dziesięć lat życia w ukryciu, pod czujną okiem zespołu oficerów Scotland Yardu. Dekada istnienia, którą poprzedziło dzieciństwo w Bombaju, wyjazd do Anglii, studia na Uniwersytecie Cambridge, praca copywritera, dość kiepski literacki debiut „Grimius” i w końcu wydanie doskonałej i wybitnej książki „Dzieci północy”. A potem, potem liczy się już tylko jeden tekst - „Szatańskie wersety”, których publikacja stanowi linię demarkacyjną w życiu Rushdiego i który, niczym blizna, wpisze się na zawsze w biogram autora. Od roku wydania książki, tj. 1988 jego życie ulegnie diametralnej zmianie. Widmo śmierci już od zawsze będzie mu towarzyszyć (zagrożenie własnego istnienia, wspomnieć też należy śmierć japońskiego tłumacza i dotkliwe zranienie tłumacza włoskiego). Tak samo zresztą jak towarzyszyć mu będzie całodobowa ochrona policji i grupa niezłomnych przyjaciół. Niezwykła opowieść o niezwykłym człowieku, który na własnej skórze odczuł moc słowa pisanego i który z uporem, godnym wędrującego Chatwina, trwał przy swoim prawie do wolności wypowiedzi. Bo jak zauważa na stronach autobiografii:

Relatywizm kulturowy to śmierć myśli etycznej, to wspierania prawa tyrańskich duchownych do tyranizowania, despotycznych rodziców do okaleczania córek, dogmatycznych jednostek do nienawidzenia homoseksualistów i Żydów, ponieważ jest to część ich „kultury”. Dogmatyzm, przesądy i przemoc nie są „wartościami” człowieka. Są dowodem braku tych wartości. Nie są przejawem czyjejś „kultury”. Wskazują na brak kultury.

„Joseph Anton” to autobiograficzna opowieść Salmana Rushdiego o życiu w cieniu fatwy. Napisana z niebagatelnym humorem, erudycją i taktem, ale także (prawie) perfekcyjne zakamuflowanym egocentryzmem oraz megalomanią, które to bardzo dobrze zostały ukryte pod płaszczykiem trzecioosobowej narracji. Autobiografia Rushdiego to przykład wybitnego talentu prozatorskiego, talentu, który zna swoją wartość i który jako jeden z nielicznych (ostatnich?) wierzy w poznawczą (uniwersalną!) moc literatury. Jak pisze w zakończeniu książki, powołując się na przykład życia Owidiusza, Mandelsztama, Larci: Sztuka jest silna, artyści już mniej. Sztuka być może potrafi sama obronić. Artyści potrzebują obrońców. Słowa te, choć stanowią echo bułhakowskich rozważań o niepłonących rękopisach, to jednak dla żyjącego pisarza marne pocieszenie. Nagroda za głowę pisarza Salmana Rushdiego nadal obowiązuje. Ale autor jest wytrwały, jak tylko wytrwały może być pisarz (i ciekawy horyzontu piechur). Po stokroć polecam.

***

Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"



Komentarze

  1. A propos trzecioosobowej narracji w w/w książce - moim zdaniem ma ona nieco inny sens niż przykrycie megalomanii/egocentryzmu autora. Spójrz, w którym momencie Rushdie ją porzuca. Dla mnie sposób opowiadania ma podkreślić, że z początku "Joseph Anton" nie był rzeczywiście Salmanem Rushdie, ten ostatni dał się zdominować, pozwolił innym kierować własnym życiem i wpływać na jego kształt. Dopiero, gdy odzyskuje kontrolę, własny głos, narracja zmienia się w pierwszoosobową - bo teraz to rzeczywiście on podejmuje jakieś działania i może się utożsamić z osobą, o której pisze. Przynajmniej ja tak to postrzegałam podczas lektury.

    OdpowiedzUsuń
  2. Beata Azazaz - faktycznie, bardzo ciekawe spostrzeżenie. Chociaż swoją przeszłość także przedstawia w formie osoby trzeciej. Ja jednak jestem chyba bliższa stwierdzeniu, że obawiał się pokus megalomaństwa. A z drugiej strony nawet przeszłość widział z perspektywy J.A. Zasadniczo sprawa do przemyślenia. I zaprawdę świetna książka.

    z serdecznościami.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.