Przypowieść o człowieczeństwie

[źródło]
Każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą non-fiction słyszał zapewne o książce „Eli, Eli” Wojciecha Tochmana, która wydana na jesieni ubiegłego roku, wywołała niemałą burzę wśród czytelników. Najnowsza publikacja autora „Bóg zapłać” dotyka bowiem kilku punktów drażliwych dla zachodniego odbiorcy, nie konstruuje łatwych pytań i tym samym nie daje łatwych odpowiedzi. Stanowi ważny (oskarżycielski?!) głos w myśleniu o pracy reportażysty, o turystyce i biedzie. „Eli, Eli” to relacja z miejsca, które dla nas – zamożnych jest tylko i wyłącznie przystankiem w podróży, kolejną atrakcją – a dla ludzi zamieszkujących slumsy Manili jest piekłem na ziemi, bez oznaczanego wyjścia ewakuacyjnego.

Na najnowszą książkę Tochmana składają się trzy ważne, wspomniane już wyżej, wątki: jest to nurt autorefleksji dotyczący pracy reportera i fotoreportera (książkę ilustrują zdjęcia Grzegorza Wełnickiego) oraz etyki zawodowej, są to Filipiny i ich bezgraniczna oraz bezrefleksyjnie eksploatowana bieda (oczywiście w szerszym, uniwersalnym ujęciu), jest i ostatni temat związany z rolą przybysza – czy to w postaci białego turysty, czy dobrze już zadomowianego w Manili kościoła katolickiego i jego przedstawicieli.

Filipiny, Manila, Onyx – to o tych miejscach pisze Tochman, o rodzinach i dzieciach mieszkających na cmentarzu:

Koło targu boisko do koszykówki, jakiś brezent, pod którym ktoś mieszka, dalej wędrujący posąg czarnego Chrystusa, Ciebie Boga wysławiamy, figura czarnej Maryi, dalej burdel, dalej biała trumna, to tu, to tam, jedna, druga, trzecia, większa, mniejsza.

Przerażająca egzystencja w slumsach, gdzie życie jest w bliskich relacjach ze śmiercią. Gdzie wskaźnik umieralność niemowląt jest jednym z najwyższych na świecie, gdzie nikt nie przejmuje się losem najmłodszych, gdzie porzucone i głodne dzieci często giną wypadkach samochodowych, ulegają poparzeniu, - pracownik zakładu pogrzebowego mówi też o porozrywanych dziecięcych pochwach i odbytach. Porzucone maluchy, którymi nikt się nie przejmuje, które niedożywione i porzucone walczą o przetrwanie. Pełno, pełno niekochanych/ niechcianych/ niezauważanych istnień (nad slumsami góruje olbrzymi baner kościoła katolickiego sprzeciwiający się aborcji). Dzieci rodzące dzieci. Pornobiznes i seks turystyka. To właśnie dziecięcy ból i cierpienie jest najbardziej widoczne, najbardziej przeraża i doskwiera (Cierpienie oczyszcza, uszlachetnia, uczy i wzbogaca. Cierpienie jest darem, istotą człowieczeństwa, życia. Ucieczka przed cierpieniem, powiedział niemiecki papież, jest ucieczką przed życiem. A polski, że cierpienie ma moc zbawczą.), ale też stanowi „atrakcje” dla białych turystów, który przecież za niewielką opłatą (lub też nie – przecież jest białym tj. tym ważniejszym i bogatszym) może zrobić sobie zdjęcie z małym mieszkańcem slumsów. Atrakcyjne zdjęcie. Atrakcyjny temat dla reportera i fotoreportera. …bieda jest fotogeniczna i biernie daje się fotografować… .

„Eli, Eli” to przypowieść o bezkarności i winie mieszkańców białego, szeroko pojętego Zachodu – począwszy od turystów, reporterów, fotografów aż po przedstawicieli kościoła. Tochman w bardzo surowy sposób opisuje rzeczywistość Filipin, których historia znaczona krwią, sperma i święconą wodą utrwaliła tutejsze podziały na dominujących i poddanych. Najubożsi mieszkańcach Manilli to ludzie na wskroś wykorzystywani – zarówno przez ludzi, nazwijmy ich - ludźmi kultury (jak Tochman, który przecież niejako karmi się ich opowieścią, żywi się historią: Literatura non-fiction to łańcuch pokarmowy, czasem długi na tysiące kilometrów. Jeden koniec nie widzi drugiego. Gardło i odbyt) jak i zwyrodnialców (seks turystyka w poszukiwaniu nieletnich). To również, albo przede wszystkim, tekst o bierności. Bierności tego bogatego (nie mylić z „lepszego”) świata w stosunku do krzywdy i cierpienia najuboższych mieszkańców ziemi (Dzieci nie powinny żyć na cmentarzach. To hańba świata i my o tym zawiadamiamy).


Oskarżycielska, mocna, szalenie potrzebna książka. I choć przytaczana po wielekroć w reportażu Susan Sontag zauważa w „Widok cudzego cierpienia”, że Współczucie to nietrwała emocja, to być może właśnie współczucie stanowi punkt wyjścia do jakiegokolwiek ruchu i działania. Mam taką nadzieję. Myślę, że Tochman również ją ma. Bo jeśli nie współczucie, dalej współodczuwanie, to co pozostaje?!

***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać" 


Komentarze

  1. Miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim z p. Tochmanem; od tamtej chwili poluję na Eli, eli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również byłam z nim na spotkaniu - rewelacyjnym zresztą. Świetna i ważna książka w rodzaju tych, które warto mieć na półce.

      Usuń
    2. Macałam, oglądałam, potwierdzam :)

      Usuń
  2. Książka jest porażająca, ale po Wojciechu Tochmanie właśnie tego można się spodziewać. Uwielbiam zwięzłość jego wypowiedzi i trafianie w sedno każdym zdaniem. W "Eli, ELi" Autor poruszył kilka kwesti dotyczących pracy reportera i zagadnień moralnych z tym związanych: czy należy pomagać, wynagradzać informacje, czy moralne jest zarabianie na historiach tych biednych ludzi, co tak naprawdę dla tych osób można zrobić... każda strona ma swoje racje i tak jak piszesz, nie ma łatwch odpowiedzi. Ale warto nad nimi pomyśleć. Książka wobec której nie można przejść obojętnie.
    Pozdrawiam
    Magda
    http://delfaanywhere1.blogspot.de/2013/10/wojciech-tochman-eli-eli.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś. Tochman jest genialny w tej swojej brutalnej autorefleksji. "Eli, eli" to konieczność.

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.