Brzemię rzeczy posiadanych. O "Szczygle" Donny Tartt

Gdy gruchnęła wieść, że Tartt wydaje nową powieść, czytelnicza brać zamarła w oczekiwaniu. Tekst tworzony latami, wyrosły z pisarskich doświadczeń „Tajemnej historii”, owiany legendą już u początków powstania, budził wielkie nadzieje i rodził spore oczekiwania. Czy zatem „Szczygieł” podźwignął ciężar właściwy arcydziełu? Nie, i chciałabym tę kwestię wyjaśnić już na samym początku. To nie jest wybitny tekst, co to to nie, ale kawał bardzo dobrej literatury, która powstała (jak przekonuje zresztą sama Tartt) ku uciesze czytelnika. Żeby ten, wessany przez opowieść, porwany przez wydarzenia, choć na moment nie mógł się oderwać od książki. I to dokumentnie jej się udało. Bowiem „Szczygieł” to doskonała realizacja przepisu na bestseller: szczypta tajemnicy, ekscentryczna i fascynująca postać autorki, językowo i fabularnie dopracowana struktura tekstu. I czego chcieć więcej?

Lektura „Szczygła” przywołała pamięć o innej książce: „Wyznaję” Cabré. Nie tylko ze względu na podobny odbiór i podobną ocenę powieści, ale także przez wzgląd na dojrzewającego, szalenie samotnego bohatera, jak i fascynacje sztuką i wartościowymi przedmiotami, które trwają mimo śmiertelności ich odbiorców oraz są niezbitym dowodem na ciągłość cywilizacji. Tartt, która sztukę, precyzyjniej obraz Carela Fabritiusa, uczyniła obok Theo Deckera, głównym bohaterem powieści, także jest wyznawczynią tej tezy. Jak i myślenia, że tylko sztuka i jej piękno mogą ocalić przed zgubą. A jeśli utracimy z nią kontakt, przepadliśmy:

Dla ludzi spętanych więzami biologii, nie ma litości: żyjemy chwilę, potem trochę się żołądkujemy i umieramy, by zgnić w ziemi jak śmieci. Czas niszczy nas wszystkich całkiem szybko. Ale zniszczenie lub zagubienie rzeczy nieśmiertelnej – przecięcie więzów silniejszych niż rzeczy doczesne – było metafizycznym pęknięciem innego rodzaju, zaskakującym nowym smakiem rozpaczy.

Theo, główny bohater książki, w wyniku ataku terrorystycznego traci ukochaną i oddaną matkę, która była dla niego pierwszą nauczycielką sztuki, zakochaną w tytułowym obrazie. Obraz, niepostrzeżenie wyniesiony przez chłopaka z ogarniętego chaosem muzeum, z czasem staje się substytutem miłości, jedną z niewielu rzeczy, która wiąże go ze zmarłą. Jednak po upływie kilku lat, „Szczygieł” staje się nieznośnym ciężarem, brzemieniem winy i pamięcią złego uczynku. Mimo wątpliwości, „Szczygieł” towarzyszy Theo wszędzie: na pustynnych bezdrożach Las Vegas, podczas popijaw i narkotycznych seansów z Borisem, w deszczowe i zimne nowojorskie dni. Stały punkt odniesienia, motyw wszelkich działań.

„Szczygieł” to książka, która pełnymi garściami czerpie z dorobku i doświadczeń kultury popularnej (co w żadnym wypadku nie jest złym posunięciem, ale raczej ukłonem w stronę czytelnika). Tu szczypta sensacji, tam szczypta sentymentalizmu, malarstwo i antyki, kilka słów o Dostojewskim, ale też o Prouście. Wspaniała żonglerka literackimi evergreenami. Niestety autorka nie unika, mimo klarownego i pięknego języka (wyrazy szacunku i uznania dla tłumacza Jerzego Kozłowskiego), też banału i szafowania oczywistościami, chociażby wspomnieć końcowe przesłanie, które mówi o wyjątkowości tego, kto chroni sztukę przed zniszczeniem. Lecz to niuans warty wybaczenia, gdyż całość broni się nie tylko świetnym językowym fechtunkiem, ale też wciągającą po uszy fabułą.

Powieść, mimo swych wad, urzeka. Żądnych przygód może zaspokoić, żądnych wrażeń także, amatorów sztuki i owszem. A ci co poszukują arcydzieła lub książki życia, lepiej żeby dali sobie spokój.

 ***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"

***
dobrego tygodnia prac i zajęć! :)


Komentarze

  1. No nie, mnie ani nie urzekła, ani nie wessała, bo wydarzeń tu tyle co kot napłakał, a szczygieł przeleciał może ze trzy razy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie i owszem. Pewnie to kwestia oczekiwań i nabytych doświadczeń (ja na przykład uwielbiam przesiadywać w domu i za dużo bodźców to nie mam ;) ), ale szczególnie Las Vegas to była przygoda!;)

      Usuń
  2. Książka mimo recenzji z cyklu "odzierających ze złudzeń" nadal przyciąga. Także kończę z czytaniem recenzji, bo książkę i tak przeczytam, a tak tworzę sobie coraz silniejszy obraz, a akurat z tym nie lubię podchodzić do książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię czytać książkę bez wcześniejszego zaglądania w inne recenzje i komentarze. Bo moim zdaniem to magiczna i fascynująca książka - bez dwóch zdań, tyle że nie arcydzielna ;)

      Usuń
  3. ale trzeb przyznać, ze technicznie jest to majstersztyk...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też tak uważam :) i językowo i fabularnie także :)

      Usuń
  4. Od jakiegoś czasu obserwuję, co dzieje się z tą książką w szeroko pojętej blogosferze. Niektórzy piszą o rozczarowaniach, inni o zachwytach, jeszcze inni przyjmują ją z typowo letnimi emocjami. A książka żyje własnym życiem i nadal kusi, tak ponad podziałami.

    Z tych wszystkich dysput, recenzji i opinii najbardziej podoba mi się Twoja. Jednocześnie obdzierasz ją z zachwytów i zachęcasz do przeczytania. Fajnie, że ktoś jeszcze potrafi tak spojrzeć na literaturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo dziękuję za dobre słowo :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.