Morderczy poniedziałek, czyli słów kilka o literackim duecie Krajewski&Kawecki


Jako dziecko zaczytywałam się w serii (wizualnie niepozornych) książek „Ekspres reporterów”.  Z wypiekami na twarzy szukałam takich tekstów, w których zbrodnia i tajemnica będą odgrywały nadrzędną rolę. Nazwiska takie jak Szejnert, Mularczyk, Łuka, Krall, wtedy zresztą jeszcze dla mnie nieznane, nie były żadnym kluczem poszukiwania. Liczyła się sama, niepokojąca i nieodgadniona materia fabularna. Fascynacja zbrodnią była wówczas dla mnie, tak przynajmniej staram to sobie dziś tłumaczyć, jakimś pierwotnym, czy nawet instynktownym dochodzeniem do prawdy, cielesności i próbą poszukiwania odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Lektura „Umarli mają głos” przypomniała to młodzieńcze podekscytowanie, które towarzyszyło mi dwadzieścia lat wcześniej. Ale najpierw, najpierw to się porządnie zirytowałam! Ale od początku, po kolei.

„Umarli mają głos” duetu Marka Krajewskiego i patologa, biegłego sądowego Jerzego Kaweckiego to wstrząsający opis 12 zbrodni, które wydarzyły się w okresie końca Polski Ludowej i w epoce rodzącego się w bólach, drapieżnego i barbarzyńskiego kapitalizmu lat 90. Każdy rozdział poświęcony został osobnej sprawie i mówi o takich przypadkach śmierci i zdarzeń, że nawet Jo Nesbo zarumieniłby się ze wstydu, gdyby uświadomił sobie ograniczenia własnej wyobraźni. Dla przykładu, mamy więc, zazdrosnego myśliwego i rudowłosą ofiarę jego amorów; zazdrosną kochankę, która zabija żonę swojego oblubieńca; przypadek nieujętego i zwyrodniałego nekrofila; tajemniczą śmierć dwójki chłopców, którzy zbierali w lesie jagody, żeby dorobić sobie na wakacje... Całe spectrum dewiacji, kłamstwa, emocji, które oszałamiają czytelnika swoją brutalnością i realnością. Bo jak się okazuje, nie pierwszy i nie ostatni raz zapewne, to właśnie życie pisze najbardziej zaskakujące i nieprawdopodobne scenariusze. 

Główną zaletą tej książki jest autentyczność prezentowanych zdarzeń, główną wadą zaś, infantylna, fabularyzowana nadinterpretacja zdarzeń. Wtręty narracyjne w początkowej fazie lektury bardzo mocno mierzwią odbiór książki. Jednak, gdy już oswoimy się z formułą tekstu i damy się ponieść opowieści i wyobraźni to wtedy defekt ten przestaje być zauważalny. I wtedy właśnie pochłoniemy opowieść w chwil kilka, jak dziecko watę cukrową. Bo książka ta, to reprezentacja świata równie przerażającego, co fascynującego, która zainteresuje nawet największego marudera!

 ***
Recenzja opublikowana pierwotnie na portalu "Lubimy Czytać"
***
:)

Komentarze