Morale dawcy spermy i cała trudna reszta. "Wszystkie dzieci Louisa" Kamil Bałuk


To nie jest książka z rodzaju tanich siurpryz. To na pewno. Sensacyjna, w kontekście gatunku, już po części tak, choć nie wątek śledczy stanowi clou reportażu Bałuka. Bo autor pod przykrywką dziennikarskiego śledztwa, tak naprawdę odkrywa przed czytelnikiem etyczne i pozaetyczne niuanse i meandry holenderskiego dawstwa, które spokojnie mogą posłużyć jako uniwersalny przykład tego, jak trudne i (chyba) nierozwiązalne są to kwestie. Bo czy dawstwo spermy to coś więcej niż dawstwo krwi i organów? Czy biologiczny ojciec powinien pozostać anonimowy? Czy dzieci, które urodziły się za pomocą tej metody, mają prawo poznać swoje rodzeństwo i korzenie? A czy samotne matki mogą poddać się zapłodnieniu? Jak daleko możemy ingerować w „projektowanie” człowieka? W końcu sprawa rozbija się też o nazewnictwo: ojciec czy dawca? Pytań w toku lektury rodzi się naprawdę sporo i zdaje się, że na większość z nich nie ma łatwiej i jednoznacznej odpowiedzi. Choć Bałuk precyzyjnie naświetla problem i stara się czytelnikowi wyłuszczyć najważniejsze zagadnienia.

„Mafia spermowa” - tak holenderskie media nazwały lekarza Jana Karbaata i personel, który w klinice w Barendrechcie, przez wiele lat i w sposób niekontrolowany, zajmował się właśnie dawstwem. Mieszanie spermy od różnych dawców i fałszowanie danych biologicznych ojców było codzienną praktyką lekarza. Sprawa ujrzała światło dzienne w momencie, w którym okazało się, że dzieci nijak nie przypominają jasnowłosego dawcy, którym rzekomo miał podzielić się swoim nasieniem, ale mają zaskakująco ciemną karnację. W wyniku dziennikarskiego śledztwa dochodzi do szokującego odkrycia: biologicznym ojcem około 200 dzieci jest Holender surinamskiego pochodzenia, który cierpi na zespół Aspergera i któremu przyświecała absurdalna myśl, żeby swoim nasieniem podzielić się z jak największą liczbą kobiet. Wtedy też jego geny przetrwają. Tak samo zresztą jak pamięć o nim.

Książka „Wszystkie dzieci Louisa” przynosi dwa duże zaskoczenia. Pierwsze, że tytułowy Louis rodzi w czytelniku przede wszystkim współczucie (choć to nie do końca adekwatne słowo). Mężczyzna zamknięty w świecie własnych ograniczeń, zupełnie nie rozumie konsekwencji swojego zachowania. Drugie, to atawistyczne dążenie biologicznego rodzeństwa (choć to słowo w holenderskim nie istnieje) do kontaktu i zacieśniania więzi. W dość niestabilnej rzeczywistości, to bracia i siostry okazują się bowiem jedynym pewnikiem. Genów bowiem nie można zmienić - w przeciwieństwie do partnerów. To wielki atut tej książki, która dogłębnie pokazuje i naświetla złożoność problemu dawstwa i konsekwencji z nim związanych. Koniec końców, to bardzo udany reporterski debiut, który znakomicie łączy wartką fabułę i ważki temat.

Komentarze

  1. Brzmi interesująco, słyszałam o tej sprawie, ale nie wiedziałam, że napisano na ten temat książkę. Czy lekarz jakoś wytłumaczył to dlaczego tak sobie upodobał akurat tego dawcę?

    Kiedyś była też podobna historia w Stanach, nie pamiętam już szczegółów, ale to jakiś lekarz zapładniał kobiety swoim nasieniem. Sprawa wyszła na światło dzienne bodaj gdy w całym kraju okazało się, że kilkaset dzieci jest do siebie bardzo podobnych i mają jakąś przypadłość, na którą cierpiał ów lekarz (aczkolwiek mogłam coś źle zapamiętać).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W książce jest to wytłumaczone w ten sposób, że był po prostu deficyt dawców. Tym bardziej, że dawca nie miał płacone za nasienie. A ten człowiek zafiksowany na swojej idei był najwierniejszy.

      Nie słyszałam o tej amerykańskiej sprawie, ale faktem jest, że dużo pytań o etykę pojawia się w przypadku dawstwa.

      Usuń
  2. Temat bardzo ciekawy pod kątem etycznym. Mi się od razu przypomniało, jako to ma w zwyczaju, RadioLab z audycją w podobnych klimatach: http://www.radiolab.org/story/birthstory/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za cynk. Muszę posłuchać.

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.