Wielkie życie. "Ludzie na drzewach" Hanya Yanagihara

[źródło]
Debiut Yanagihary to ambitne przedsięwzięcie. Autorka bestsellerowego „Małego życia” sięga bowiem po tematy ważkie i uniwersalne, krocząc jednakże po śladach literackich poprzedników. Podejmując próbę odpowiedzi na pytania: czy Norton Perina, młody i wybitnie uzdolniony naukowiec, może żyć ponad prawem? Czy odkrycie sekretu nieśmiertelności upoważnia go do moralnej i fizycznej dewastacji mikronezyjskiego plemienia w imię dobra całej ludzkości? Czy normy moralne, które obowiązują mieszkańców Pacyfiku analogicznie można zastosować także w kulturze amerykańskiej? – w głowie kołaczą nam się takie nazwiska jak chociażby: Littell, Roth, Tartt, Seierstad itd. Yanagihara sięga więc po sprawdzone motywy. Robi to jednakże z taką wprawą i wirtuozerią, że warto się nad książką pochylić.

Zatem Norton Perina. Główny bohater powieści i narrator. Egocentryk, którego poziom samouwielbienia jest wprost proporcjonalny do sukcesu, który osiągnął. Lekarz, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności, wraz z antropologiem Paulem Tallentem, badał jedną z mikronezyjskich wysp. Bezkrytyczny piewca nauki (jakże gardzi bratem literatem!), ale też sadysta i okrutnik. To ostatnie, wcale nie jest takie oczywiste, gdyż wszystkie wydarzenia czytelnik poznaje dzięki dziennikowi/wspomnieniom Periny (patrz: Maximilian Aue z „Łaskawych”). Nieuważny odbiorca może się zatem złapać w pułapkę współczucia i utożsamienia z bohaterem – jak np. wtedy, gdy wytoczony zostaje mu proces o pedofilię, która przecież wchodziła w skład plemiennego rytuału inicjacyjnego (tutaj też pojawia się też problem relatywizacji norm kulturowych). Albo gdy jego brat i Tallent sprzeciwiają się działaniom, które dewastują i niszczą rdzenną kulturę mieszkańców wsypy i życie wychowanków. W jego mniemaniu to kwestia niezrozumienia „idei wyższych”.

Yanagihara, koniec końców, zdaje się hołdować tezie, że żaden człowiek nie może funkcjonować poza prawem i moralnością. Teoretycznie więc Perina zostaje ukarany a jego odkrycie okaże się tyleż niszczycielskie, co demoniczne (wspomnieć chociażby fragment: bohater widząc się w lustrze jest zaskoczony własną brzydotą i fizjonomią). Czytelnik odczuwa więc ulgę na wieść o wyroku, która szybko przepoczwarza się jednak w złość. „Wybitny umysł” zostaje bowiem łagodniej potraktowany niż reszta społeczeństwa. Tak samo zresztą jak pierwowzór Periny - noblista Daniela Gajdusek, którego życie stało się inspiracją do napisania „Ludzi na drzewach”.


Na zakończenie niech wyraźnie wybrzmią trzy zasadnicze kwestie. Po pierwsze: jest to sprawnie napisana książka, która porusza problemy tyleż kontrowersyjne, co na swój sposób fascynujące. Po drugie - lektury, które podobają się czytelnikom zwykle budzą nieufność krytyków (tak było z „Małym życiem” i mniemam, że będzie tak i w tym przypadku). I po trzecie: jest i polski rynek wydawniczy, który wyznacza ostrą linię demarkacyjną między literaturą piękną i niepiękną. Literatura środka jest najczęściej upychana do zbioru: popularna – drugoklasowa (zupełnie inaczej ma się sprawa na rynku anglosaskim, ale to już zupełnie inna opowieść). Reasumując: „Ludzie na drzewach” to zatem bardzo dobry debiut i porządna literatura środka.

Komentarze

  1. Niecierpliwie czekałam Moniczko no Twoją recenzje tej książki - dziękuję , przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wciąż nie przeczytałam „Małego życia”, ale mam w planach nadrobienie tych dwóch tytułów :)
    W ostatnim zdaniu napisałaś „bardzo dobry debiut”, a jest to kolejna książka Yanagihary?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ludzie na drzewach" to debiut. "Małe życie" to jej druga książka wydana jednak wcześniej :)

      Usuń
    2. W Polsce wszystko się odwrotnie ;)

      Usuń
  3. Z tego, co pamiętam "Małe życie" spotkało się z b. dobrym przyjęciem krytyków, liczne nominacje o tym świadczą. Ja z kolei nie jestem taka zachwycona jak choćby niektórzy krytycy, ale nadal wystarczająco zaintrygowana twórczością tej pisarki by sięgnąć bo jej debiut, zwłaszcza, że temat wydaje się ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie u nas. Mocno zachowawcze i krytyczne recenzję m.in. Justyny Sobolewskiej, K. Cieślika czy Pauliny Małochleb. W Stanach zaś były peany ;)

      Usuń
    2. O to ciekawe, ja śledziłam jej drogę jeszcze na zachodnim rynku. Sama bynajmniej nie padałam z zachwytu nad "Małym życiem", mam swoje zastrzeżenia itp., więc takie w ogóle mnie nie dziwią.

      Usuń
  4. Po "Małe życie" nie miałem jakoś ochoty sięgać. Tematyka nie do końca moja, a i recenzje nie do końca przekonujące. Ale w tym przypadku już sam opis fabuły mnie przyciąga, a gdy do tego dodać Tartt i relatywizm kulturowy, to jestem kupiony.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Bardzo proszę o jawne wypowiedzi. Nie publikuję komentarzy anonimowych.